piątek, 29 stycznia 2016

Obiecanki cacanki z marchewkowym tłem.





Znacie to powiedzenie "obiecanki cacanki a głupiemu radość"? Znacie.
No to wiecie, że nie chodzi w nim o to, żeby kogokolwiek wyzywać od głupców, ale o słowa które z taką łatwością wyrzucamy z siebie obiecując drugiemu, że zrobimy to, czy tamto.

Korzystając z wolnej chwili zrobiłam mały rachunek sumienia i wyszło, że mam kilka takich zaległych spraw.



Zacznę od zdjęcia poniżej. Kiedyś obiecałam Wiolli z MojaToskania, że narysuję serce na śniegu i zrobię mu zdjęcie. :)  Nie wiem czy Wiolla o tym pamięta, ale obietnica została zapisana w komentarzu pod moim wpisem (Nie) przygotowana do zimy.  Udało się, bo trochę śniegu było. :)




Druga rzecz. Ciasto marchewkowe.
Blogierka napisała kiedyś, że to ciasto dla leniwych. I że jest bardzo proste w wykonaniu. Nie potrafię piec ciast, więc przepis jakby stworzony dla mnie. Podjęłam wyzwanie, ale odroczyłam wykonanie aż do momentu, kiedy musiałam upiec ciasto na pożegnanie do pracy.

W międzyczasie ciasto marchewkowe upiekł i bardzo zachwalał Artur z Powoli.Po prostu. Wypiek był tak fantastyczny, że nawet mrugał zachęcająco do Ewy z Przygoda Yvette.  No i do mnie przez monitor też. W życiu żadne ciasto do mnie nie mrugało, dlatego postanowiłam skorzystać właśnie z przepisu Artura (Blogierko wybacz! ).

Wszystkie składniki i całą historię tego ciasta znajdziecie we wpisie o przewrotnym tytule bezmięsne ciasto. Tam w komentarzu również rzuciłam hasło, że oczywiście, że upiekę i że to będzie mój pierwszy raz. Na co Nieidealnaanna odpowiedziała (słusznie zresztą), że pierwszy raz powinien być z miłości. :)

Sprawę potraktowałam poważnie i z ogromną miłością i czułością podeszłam do  wszystkich składników.

CIASTO MARCHEWKOWE

Marchewkę starłam z wielką ostrożnością i delikatnością na tarce o najmniejszych oczkach, oczywiście po uprzednim jak najczulszym obraniu jej. Tak się do niej mocno przywiązałam w czasie tych czynności, że postanowiłam wykorzystać  wszystko co starłam, mimo że wyszło trzy szklanki, a w przepisie stało jak wół: dwie szklanki drobno startej marchewki.

Później musiałam być trochę brutalna, no bo jak rozbić jajka bez uderzenia w nie? Tak, musiałam to zrobić. Cztery jajeczka potraktowałam bardzo źle, z ciężkim sercem uderzając w nie nożem. Na szczęście nie musiałam stosować podziału jajka na białko i żółtko, bo to już by była rażąca niesprawiedliwość. Jak można rozdzielać coś, co całe życie razem?

Dla osłody życia nasypałam jajeczkom dwie szklanki cukru. W przepisie Artura jest: "ucieraj drewnianą pałką" Sorry Artur, ale drewnianą pałkę to ja zużyłam sto lat temu na zabawkę - mikrofon dla dzieci. Było to w czasach kiedy jeszcze nie było karaoke w necie lub gier karaoke na pc lub xboxa lub innych dziwnych wynalazków. Pałka tak dobrze spełniała funkcję mikrofonu, że chyba ktoś ją sobie pożyczył. Do tej pory jej nie odnaleziono.

Skoro pałki brak, zastosowałam ucieranie mechaniczne zwykłym robotem kuchennym. Zgodnie z przepisem wsypałam stopniowo łyżka po łyżce:
-2 szklanki mąki (mąkę przesiałam, gdyż stwierdziłam, że to pozwoli jej odczuć moją sympatię do niej),
-2 łyżeczki proszku do pieczenia (czy łyżeczka z proszkiem powinna być średnio płaska, bardzo płaska, czy z czubkiem? nie! słowo czubek ją obrazi, a przecież ma być z miłością),
-1 łyżeczkę sody (hmm sody używam do udrażniania rur, ale widocznie do ciasta też można)
-pół łyżeczki soli (soli???)
-2 łyżeczki cynamonu (ciasto ma być trochę jak piernik...oj, piernik to trochę obraźliwe jest - mówi się stary piernik.)

Z ogromną miłością  i namiętnością kręciłam ciasto.
Nagle mój robot kuchenny stwierdził, że nie da sobie rady, ciasto jest za gęste.
A olej???
No tak. Olałam olej. Oleju! Wielkie mi co, jeszcze dodam.
Po trochu, po troszeczku, z wielkim namaszczeniem dodałam do ciasta szklankę oleju. Żebym tylko o marchewce nie zapomniała, bo nazwę ciasta bedę musiała zmienić.

Na koniec wrzuciłam moją ukochaną pyszną marchewkę. Tak jak już wspomniałam, trzy szklanki zamiast dwóch. I wszystko czule wymieszałam łyżką, bo wtargnięcię w tę piękną masę ze szczudłami miksera wydało mi się profanacją.

Potem całość wylałam najdelikatniej jak umiałam do uprzednio nasmarowanego masłem i wysypanego bułeczką tartą prodiża i pozostało tylko ciasto otulić ciepełkiem, czyli upiec.
Podłączyłam prodiż do prądu i zajęłam się czym innym, oczywiście na bieżąco kontrolując czas.

Po 50 minutach czuć było swąd. Ciasto rosło jak na drożdżach i zaczęło brakować mu miejsca. Chyba chciało mi  odpłacić za moją miłość dużą ilością pysznego siebie.

A może to już?

Otworzyłam na chwilę prodiż, dosłownie na chwilę, żeby sprawdzić patyczkiem.  I myślę, że właśnie w tym momencie do ciasta dostał się pewien ktoś, o kim za chwilę.

Niestety patyczek był mokry, więc ciasto musiało jeszcze swoje odsiedzieć. Chyba nie było zadowolone, że ma gościa, bo z wrażenia opadła mu szczęka, tzn. opadło całe. Przynajmniej się już nie przypalało.

Po godzinie stwierdziłam, że wystarczy. Z jak największą ostrożnością odłączyłam prodiż od prądu, zdjęłam przykrywę i oczom moim ukazał się taki widok:




Czy widzicie kto położył mi się na ciasto? Nie? To spójrzcie jeszcze raz.
Diabeł w całej okazałości . Rzucił się na moje ciasto i tak został w pozycji na brzuchu i z rozłożonymi kończynami. W tej sytuacji oczywistym było, że pod takim ciężarem ciasto opadnie i zrobi się zakalec.

No to ja się teraz pytam - dlaczego?
Przecież włożyłam w to ciasto tyle czułości, delikatności, a tu taka klapa. Nie powiem, zakalec był całkiem smaczny, także tak czy siak ciasto polecam. Ale przecież nie wezmę do pracy ciasta z zakalcem?

Trudno, kupię coś.
Nie! Nie kupię! Spróbuję jeszcze raz. Nie będzie mi tu byle diabeł psuł moich planów.

CIASTO NUMER 2

Za drugim razem przy cieście pomagał mi mój Mężczyzna.
Widocznie o taką miłość przy wypiekach chodziło Nieidealnejannie. Że ja nie załapałam od razu.
A może diabełek tym razem się nie odważył mieszać, bo mój Rycerz był obok? Na wszelki wypadek ciasto upiekłam w piekarniku u mojej mamy. Żeby zmylić to diabelskie nasienie. I oczywiście dodałam dwie szklanki marchewki, nie trzy.
Marchewkowe numer dwa udało się. :)



Na zdjęciu widać polewę, ja zrobiłam jogurtową (przepis znalazłam w necie), ale myślę, że pyszne będzie z czekoladową. Jak robię polewę czekoladową? Rozpuszczam czekoladę :) w odrobinie wody.

Wpis ten dedykuję Izie z Fragmentator.pl , która prosiła mnie o przepis na ciasto marchewkowe. Droga Izo, jeśli chcesz poznać historię tego ciasta, to skocz do Artura, o tu.
A jak chcesz mieć przepis bardziej urozmiaicony o różne składniki, to skocz do Blogierki, o tu.

Oczywiście jak zawsze bardzo polecam wszystkie te blogi, które wymieniałam. :)

Wracając do tematu obietnic, zostało mi jeszcze kolejne zadanie.

Nominacja do LBA.

Tym razem nominowała mnie Mama sama w domu. Przyznaję, było to dawno temu. Mam nadzieję, że Kamila mi wybaczy to opóźnienie. Pewnie pomyślała, że już dawno o tym zapomniałam . Nie zapomniałam. :)

Oto pytania i  odpowiedzi:

1. Jak wyglądają twoje poranki?

Ze snu wybudza mnie Żółtko. Tomasz Żółtko. Z telefonu płynie ta oto melodia:



Budzę się zanim Tomasz zacznie śpiewać. A jeśli słyszę już jego śpiew, to znaczy, że wybudzanie było ciężkie. Dziwię się szczerze, że jeszcze tej piosenki nie znienawidziłam. Bo nienawidzę wczesnie wstawać. A przez ostatne lata Żółtko przygrywał mi o 4.30, potem o 5. Wiadomo, że dla kogoś, kogo raczej można zaliczyć do sów, pora ta jest wręcz zabójcza.

2. Kawa czy herbata?

Rano:  kawa, potem herbata.
Południe: herbata, potem kawa.
Wieczorem: herbata, w gościach kawa.

3. Masz godzinę tylko dla siebie, jak ją spędzasz?

W necie. :) Kiedyś w książce. :)

4. Twoja ulubiona książka?

Ostatnio nie czytam książek . Ale zamierzam to zmienić. :)

5. Co Ci pomaga w pisaniu?

Nic. Dlatego tak ciężko mi idzie i tak długo siedzę nad każdym wpisem. :)

6. Co daje Ci blogowanie?

Ogromną przyjemność i możliwość poznania fantastycznych ludzi.

7. Wakacje Twojego życia, gdzie je spędziłaś? Z kim? Co się wydarzyło? 

Pierwsze Wakacje z moim Mężczyzną. Nie ważne gdzie, ważne z kim.
To nie były wakacje wyjazdowe, ale były fantastyczne i miały dużo atrakcji.

8. Najważniejsze momenty Twojego życia? 

Narodziny syna.
Narodziny córki.
Poznanie M.
Właśnie w tej kolejności. :)

9. Piszesz dla siebie czy dla innych? 

Piszę dla siebie.
I ciągle się dziwię, że inni chcą to czytać, komentować i że się podoba. :)

10. Co Ci przeszkadza podczas pisania?

Język polski. :) Jest trudny, a w innym pisać nie umiem. ;)
I brak czasu. I marudzenie innych, że za długo siedzę przy komputerze.

11. Za co siebie lubisz?

A kto powiedział, że lubię? :)
No dobra, trochę lubię. Za poczucie humoru i dystans do siebie.
Niestety lista "za co nie lubię" byłaby dłuższa. ;)

I tu powinna się pojawić nominacja kolejnych blogów, ale takiej nie będzie. :)
Jeśli chcecie poczytać moje poprzednie wpisy dotyczące Liebster Blog Award to zapraszam:

Liebster Blog Award - ja też???
Jeszcze raz.
Jak ocaliłam wszechświat?

To tyle odnośnie moich obietnic. 
Czasami też obiecuję, że przeczytam coś lub obejrzę. Mam listy filmów do obejrzenia i książek do przeczytania. Wszystko w swoim czasie. 
Jest jeszcze pewna obietnica, którą złożyłam sama sobie, ale to już temat na inny wpis. :-) 
Jeśli obiecałam coś Tobie i nie dotrzymałam słowa, to teraz masz okazję mi to wygarnąć. :-) 

Nie będę się złościć. 
Obiecuję. ;) 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz