wtorek, 18 kwietnia 2017

Bloger jak z koziej dupy trąba.




Cześć. Jestem Basia. Jestem uzależniona od blogowania. 

Tak mogłoby wyglądać powitanie na spotkaniu anonimowych blogoholików. Dziś jednak nie będzie o uzależnieniach, lecz o anonimowości. Przy okazji trochę się odsłonię. :)


Nazywam się Barbara Koza. Na fejsie jestem Basia Barbara (i tego profilu używam najczęściej). Mam też drugi profil, ale drugiego używam bardzo rzadko, mimo że to właśnie na nim mam więcej znajomych.
Po co mi dwa? Bo nie chcę by mój blog docierał do wszystkich znajomych, ich znajomych i znajomych znajomych. Bo chcę być anonimowa na tyle, na ile to w sieci możliwe. 

Macie więc jedyną i niepowtarzalną okazję dowiedzieć się jak się nazywam, a także zobaczyć jak wyglądam. :-)

Ale zacznijmy od początku. 
Zaczęło się od czytania innych blogów, blogów w których najczęściej szukałam dla siebie przepisów na organizację, bo w tym zaganianym świecie brakowało mi na wszystko czasu. Oczywiście nie byłam tylko czytelnikiem, byłam też komentatorem, bo często udzielałam się w komentarzach.

Jakoś tak przypadkiem (przypadki są tylko w gramatyce ) trafiłam na blog Pani Swojego Czasu, którego autorka zarażała energią i...przekorą. :-) Kobieta, która lubi iść pod prąd, nie boi się wyzwań i zna sztuczki na oszukanie czasu, w sensie na dobrą organizację. Zostałam.
Obecnie to już nie jest zwykły blog, to biznes, chyba dlatego już tak często tam nie zaglądam. 
Jednak jestem pełna uznania dla działań Oli jako bizneswoman i uważam, że jest świetnym wzorem na to, jak można przekształcić blog w dobrze prosperujący biznes.

Dlaczego o tym wspominam?
Bo to Ola stała się inicjatorką mojego blogowania. Jakoś nigdy wcześniej nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym blogować. Aż pewnego dnia, w komentarzu przeczytałam stanowcze: 
"Basia - popłakałam się ze śmiechu !!! 
Ty powinnaś pisać Kobieto!!!"

Jeśli ktoś czytając mój komentarz popłakał się ze śmiechu, to może rzeczywiście powinnam pisać? Żeby ludzie się uśmiechali. :)
Ale że ja?
A dlaczego nie? 

Każdy mądry o tym wie,
słonia na raz nie je się.
A że cele są jak słonie,
trzeba trochę je pokroić.

Wzięła Basia swoje słonie,
ciach, tu nóżki, tu ogonek.
I od czego teraz zacznie,
aby sobie podjeść smacznie?
Trudny wybór, trudna zgoda -
chwyci ogon, nóżki szkoda.
Chwyci nóżkę, żal ogonka.
I tak myśli kawał dzionka.
Tak od rana do wieczora,
Aż nareszcie przyszła pora,
Że Basieńka pośród jadła -
z głodu padła.

Wróć. Nie padła Basia z głodu.
Bo znalazła się na blogu,
który świetnie radzi o tym,
jak zjeść słonia bez kłopotów
i bez żadnych ambarasów
stać się panią swego czasu.

Wybacz Fredro tę przeróbkę,
gdybyś poznał tę osóbkę,
gdybyś tylko spotkał Olę,
dałaby ci niezłą szkołę.
Miałbyś wtedy mości panie,
więcej czasu na pisanie.

Pisać blog wnet zaczęłam,
gdy mnie Ola w d... kopnęła
Bo osiołkiem wcześniej byłam,
nim się w sieci pojawiłam,
co to chce, ale się boi,
blogowanie nie przystoi,
ktoś przeczytać może przecież
i rozniesie się po świecie.

Muszę przyznać, gdyby nie to:
"powinnaś pisać kobieto!!!"
w komentarzu wykrzyczane,
nie byłoby mi dane:
pisać blog, pasje budzić,
poznać fantastycznych ludzi.

Blogowaniem się zajęłam,
całkiem mnie to pochłonęło.
Z czasem fanpejdż założyłam,
trochę blog rozpowszechniłam.
Lecz odwagi nie mam na to,
by ogłosić wreszcie światu,
że ja bloger jestem. Mały,
taki cichy i nieśmiały.
Piszę sobie więc z ukrycia.
Cała ja. "Pociąg do życia" :)

Lubię rymować. Sprawia mi to ogromną frajdę.
Podobnie jest z pisaniem. Bo oprócz tego, że lubię, gdy ktoś się uśmiecha, to jednak głównie piszę dla własnej przyjemności.

Ale zwróćcie uwagę na jedno. Kilka słów kogoś, kto pewnie za chwilę o nich zapomniał, sprawiło, że zaczęłam działać. To się nazywa moc słowa pisanego. Nigdy nie wiadomo które słowo, jak i na kogo wpłynie. Mnie zmotywowało "powinnaś pisać kobieto!" Kto wie, może kiedyś jakieś moje słowo też komuś pomoże, na  kogoś wpłynie, może ktoś się uśmiechnie w ponury, zły dzień. 

Czy umiem pisać?
Językoznawca powiedziałby pewnie że nie. Gdybym spojrzała na moje teksty okiem perfekcjonistki, pewnie przyznałabym mu rację.
Tylko co z tego? Jak twierdzi Ola zrobione jest lepsze od doskonałego. 
Dlatego piszę, mimo że nie robię tego doskonale.
I zawsze z pewną obawą klikam "opublikuj".

Zrobiłam pierwszy  krok, założyłam bloga i...
przez jakieś pół roku pisania nikomu o nim nie powiedziałam. 

Po kilku miesiącach stwierdziłam, że jednak trzeba wytłumaczyć mojemu Ukochanemu, dlaczego tak dużo czasu spędzam przy komputerze i z ogromną dozą nieśmiałości zdradziłam mu swój sekret ( do dziś jest wiernym czytelnikiem mojego bloga). Potem moją tajemnicę poznała najbliższa rodzina i kilku znajomych.
Czułam się jakbym informowała ich, że regularnie latam na księżyc.
A oni przyjęli to jakbym informowała, że regularnie sprzątam mieszkanie.
Żadne wielkie halo.

Nie miałam odwagi i ochoty afiszować się blogiem dalej wśród znajomych, dlatego gdy założyłam fanpage bloga, założyłam też na fejsie drugie konto. O tym już wspominałam wyżej.
Nie miałam odwagi i chyba też nie chciałam, by wszyscy mniej lub bardziej znajomi wiedzieli że mam bloga. 

Dlaczego?

Często się nad tym zastanawiam. Przez moją nieśmiałość?  Wstydliwość? Brak wiary w siebie? Brak odporności na głupią złośliwą krytykę? Strach przed wyśmianiem? Niedoskonałość?
A może wszystko po trochu?
Zwłaszcza że mieszkam na wsi, a mój blog to swego rodzaju zapis wydarzeń z mojego życia.
Podany na tacy temat do plotek. :-)

O swoich wątpliwościach pisałam już we wpisie Jesteś blogerem? Ale obciach!
Niestety wciąż te wątpliwości mam. 

Bywały chwile, kiedy miałam napływ odwagi i na blogu pojawiały się moje zdjęcia. Teraz znów ich nie ma. Po dwóch latach blogowania wciąż nie jestem pewna, czy jestem gotowa na ujawnianie swojej osoby lub pisanie pod nazwiskiem.  

Nie nadaję się na prawdziwego blogera. Nie chwalę się swoim blogiem. Nie stosuję tych wszystkich zasad, które pomagają promować bloga, nie lubię być w centrum zainteresowania, nigdy nie chciałam być sławna, nie patrzę na statystyki, nie zazdroszczę innym, że są popularni.

Widocznie taki ze mnie bloger jak z koziej dupy trąba. :-) 

Po co więc to robię?

Już wspomniałam. Bo lubię. Bo sprawia mi to frajdę. Bo poznaję ciekawych, wartościowych ludzi, nawiązuję kontakty. Bo w życiu trzeba mieć jakieś przyjemności, najlepiej takie, które sprawią że zapominasz o całym świecie.
I dopóki sprawia mi to taką frajdę, będę pisać, gdy przestanie, pisanie zakończę. :)


Wpis ten powstał w związku z zadanym tematem w grupie #blogiKOT, której mam przywilej być członkiem. Temat wpisu: 

"Ile siebie pokażę w internecie, czyli jak rozpoznać uzależnienie od ekshibicjonizmu."

Czy można blogowanie nazwać ekshibicjonizmem. Pewnie tak. :-) W końcu to jest jakiś rodzaj obnażania się, połączony z odczuwaniem ogromnej przyjemności. Ale nie oszukujmy się. Każdy kto korzysta z fejsa, instagrama lub innych mediów społecznościowych, zamieszczając tam swoje zdjęcia lub zdjęcia rodziny, uprawia swego rodzaju ekshibicjonizm. Do tego nie trzeba być blogerem. 

Czy kiedyś będę miała odwagę chwalić się swoim blogiem?
Czy będę miała odwagę głosić - jestem blogerką? 
Czy na moim blogu będzie widniało nazwisko?
Nie wiem, czas pokaże. :-)

Na koniec kilka moich zdjęć. :) 



To zdjęcie długo było moim awatarem na disqusie. Niby coś widać, a nic nie widać. :)

Tu już coś widać. :)



To wyraża mnie. :) 


To wyraża moją radość życia.


To - zamiłowanie do podróży.




Tu widać, że lubię dwa kółka.


Tu , że jestem młoda - duchem. :)


Tu, że lubię leniuchować. 



A tu, że lubię jeść. :)


A pierwsze zdjęcie pochodzi z https://pixabay.com/pl





wtorek, 21 marca 2017

Share week 2017.





Dziś będzie krótko, na temat, czyli bardzo po męsku. :)

Share week to coroczna, wiosenna akcja, w której twórcy polecają twórców.
Niestety tylko trzech twórców.

Wybaczcie wszystkie panie blogujące, Was też uwielbiam, jednak dziś będzie o mężczyznach.

Na co dzień uwielbiam tylko jednego faceta, dziś pozwolę sobie na małe szaleństwo  i pouwielbiam kilku. :)

niedziela, 5 marca 2017

Jak zwalczyć epicką chujnię.



Z góry przepraszam tych, którzy nie przeklinają. Ja też zazwyczaj nie przeklinam, ale na potrzeby tego wpisu muszę użyć tego niecenzuralnego słowa. Wykropkowanie go mija się z celem, bo i tak każdy wie o co chodzi. Użyję go w tym tekście jeszcze wiele razy, więc zbyt wrażliwych ostrzegam.

Pomysł na wpis wziął się z grupy blogerów, której mam zaszczyt być członkiem, grupy BLOGI KOT - Komiczne Odważne Twórcze. To nieduża grupa piszących wariatów - z artystyczna duszą, dużym sercem, ogromnym dystansem i jeszcze większym poczuciem humoru (jak ja) oraz zbyt częstą skłonnością do ironii i złośliwości (to już nie ja :-P)

Temat wpisu brzmi :

"Jak zwalczyć epicką chujnię we własnej głowie i napisać coś mądrego na bloga."

wtorek, 28 lutego 2017

Luty 2017


                   



Krótki ten luty, więc pewnie dlatego  niewiele zdążyłam zrobić. ;-)
Czyli:
Nie byłam w żadnym mieście.
Nie byłam w kinie (dwa podejścia były, ale zmęczenie wygrało)
Nie przeczytałam żadnej książki (tak, wiem, to straszne, ale ciągle nie mogę się odblokować, a naprawdę mam co czytać)
Nie wprowadziłam żadnego nawyku.
Nie spotkałam się z żadną z osób, z którymi chcę się spotkać,ale za to odwiedziłam siostrę w jej nowym domu, bawiąc się świetnie na parapetówce.
Niby wszystko na nie, ale zbytnio się tym nie przejmuję, bo to były luźne plany, a co się odwlecze to nie uciecze.

Jeśli chodzi o 12 niecodziennych, to tu coś się zadziało. 

sobota, 25 lutego 2017

Własne bułeczki czyli uroki życia na wsi.




Dzień wolny. Samotny dzień wolny, czyli taki, kiedy postanawiam, że będę intensywnie leniuchować i nikt, ani nic mi w tym nie przeszkodzi.

Oczywiście jak zawsze z rana idę sobie zrobić kawę dumna z siebie, że ją wczoraj zakupiłam, wracając z pracy. Niedużo brakowało a nie zdążyłabym przez to na pociąg, ale czego się nie robi dla kawy. Znawcy tematu wiedzą, że kawa to podstawa i bez kawy nie ma życia. Wiadomo, kawa sama w sobie jest wspaniała, znaczy wspaniały ma zapach, ale żeby w pełni skorzystać z jej uroków, do kawy potrzebna jest woda, najlepiej wrząca.

Idę więc z ogromną radością (spowodowaną perspektywą spożycia cieplutkiej, pachnącej kawusi) do kuchni, nalewam wody do czajnika, stawiam czajnik na gazie, odpalam gaz, a tu... 

poniedziałek, 13 lutego 2017

15 myśli na początek niezwykłego dnia.






Żyłam tym wydarzeniem cały dzień.

Od chwili, gdy PIERWSZA myśl nieśmiało przemknęła przez zwoje mózgowe, bardzo tego ranka zapętlone i długo szukając ujścia, trafiła do punktu lokalizującego dźwięki z otoczenia. 
Coś grało, ale myśl była zbyt słaba, by zlokalizować kto i po co zakłóca jej nocny spokój. 

Tu pałeczkę przejęła  myśl DRUGA i w uśpionym jeszcze systemie przechowywania danych odnalazła autora. Śpiewał Żółtko, Tomasz Żółtko.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Kocia historia z przesłaniem.


   
Nazywam się Tosiek. Znaleziono mnie w ogrodzie, wraz z moim rodzeństwem. Matki przy nas nie było. Za to było zimno i jakoś tak strasznie. 
Na szczęście ktoś nas wszystkich zabrał w ciepłe miejsce, nakarmił i przyznam, że niewiele więcej pamiętam. Jeszcze może to, że siku mi kazano robić w jakieś dziwne granulki. Żwirkiem je zwali. 
Chyba im bardzo na tym zależało, więc zgodziłem się sikać gdzie chcieli. Kupciać też. 
Może właśnie po to tak dobrze mnie karmili, żebym ten pokarm przetrawiał i oddawał do tego dziwnego naczynia, które nazywali kuwetą. To co zostawiałem szybko wyjmowali i jakby czekali na następną porcję. To się starałem jak mogłem. 
Chyba jednak nie sprostałem zadaniu, bo mnie zamknęli w klatce, którą zwali transporterem. 
Na szczęście na krótko. 
A potem już byłem w innym domu, z nowymi człowiekami. Ale żwirek był ten sam. 
W człowieczym kalendarzu był 2009 rok. 


wtorek, 31 stycznia 2017

Sponsorem tego wpisu jest liczba 12



Mam pomysł. Tak, czasami mi się zdarza mieć genialne pomysły. :-) 
Pomysł jest pomysłem i może być zrealizowany albo nie. Ale że dobre pomysły warto spisywać, żeby nie umknęły, więc niniejszym je spisuję. 
I wiem, że za dużo tu słowa pomysł. :P

Inspiracją do tego pomys... projektu :-) jest liczba dwanaście, czyli ilość miesięcy w roku.  
Już wyjaśniam o co chodzi. 

Raz w miesiącu, czyli dwanaście razy w roku, mogę, ale wcale nie muszę (tak, zostawiam sobie tę furtkę, żeby mi nie wyszły z tego jakieś postanowienia noworoczne, które muszę wykonać), no więc MOGĘ zrealizować to co wymyśliłam. :)

niedziela, 22 stycznia 2017

Było minęło (czyli dzień jak co dzień 3)



To wpis, który nie doczekał się publikacji i leżał sobie w kopiach roboczych. 
Ponieważ właśnie mija rok, od kiedy opuściłam swoją poprzednią pracę, myślę że to dobry czas na wspomnienia. 
Ten wpis to kontynuacja cyklu "dzień jak co dzień". 
Jego pierwszą część znajdziecie tu, a drugą tu. Dziś zapraszam na trzecią. :)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Syzyf.




- Syzyfie! Syzyfie!
- Czego chcesz?
- Mógłbyś łaskawie zabrać ze mnie ten swój głaz? Przygniótł mnie!
- Może bym i mógł, ale swój głaz właśnie toczę pod górę. Nie zawracaj mi głowy.
- To co mnie przygniotło?
- Twój własny. Nie słuchałaś moich rad, to masz.
- Jakich rad?
- Kiedy głaz spada, usuwasz  mu się z drogi, przecież to proste.
- To się stało tak nagle, nie zdążyłam!
- Twój problem.