czwartek, 29 października 2015

Wspomnienie lata...




Zaczęła się jesień, jest zimno. W takie dni chętnie wspomina się lato.
Pamiętacie te temperatury, których termometry nie mogły wykazać, bo brakowało im skali?
To całkiem niedawno było. 

Słońce, upał, żar z nieba. Niejedna osoba już za tym tęskni. Ja niekoniecznie.
Nie był to dla mnie łatwy czas, zwłaszcza w godzinach 16-19, kiedy wracałam z pracy.
16-sta - godzina zero. Codziennie upragniona, oczekiwana, ulubiona. Rozumieją to ci, którzy swojej pracy nie lubią. 


W owe letnie dni godzina zero nie była wyczekiwana z takim pożądaniem jak zawsze. Wiązała się bowiem z opuszczeniem sympatycznie klimatyzowanego pomieszczenia. Już samo wyjście z pokoju na nieklimatyzowany korytarz dawało odczuć, że temperatura na zewnątrz jest raczej z tych afrykańskich. Za to opuszczenie budynku było już okrutnym zderzeniem z żarem. 

Wychodzę i łup! - głową w mur z powietrza gęstego jak smoła.
Dech zapiera z wrażenia.
Teraz już wiem, co czuje mrożonka wyjęta z zamrażarki.

Szybkie przejście do metra. Żeby było śmieszniej przez patelnię. Dla niewtajemniczonych - patelnia - to potoczna nazwa małego placu przed wejściem do stacji Metro Centrum, który kształtem jakby patelnię przypomina, a i temperatura w tym miejscu sugeruje nazwę.

Za to w metrze panuje przyjemny chłód. A w przejściach i na schodach nawet nieźle wieje. Nie jest źle.

Na dworcu kolejowym też nie jest najgorzej.

Za to wchodząc do pociągu, dostaję ponownie upałem w głowę. Resztki chłodnych cząsteczek z organizmu odchodzą w niebyt. Tym razem czuję się jak mrożonka, włożona bezpośrednio do piekarnika, nastawionego na maksymalną temperaturę.

Klimatyzacja? A co to jest klimatyzacja?
W Kolejach Mazowieckich na mojej trasie to pojęcie nie funkcjonuje.

Pociąg stoi, powietrze stoi, ja siedzę.
Na szczęście siedzę.
Otwieram torebkę z zamiarem wyjęcia z niej czegokolwiek, co mogłoby wprawić powietrze w ruch, choćby kartki papieru.
A w torebce... nie do wiary! W torebce jeszcze czuć przyjemny chłodek. Wyniosłam z pracy odrobinę klimatyzowanego powietrza! Dlaczego nie mogę wejść do torebki??! 

Dobywam kartkę z rozkładem jazdy i uruchamiam nim ruch cząsteczek wokół mojej twarzy. Pani obok wachluje chusteczką. 

W przedziale przybywa ludzi, powietrze się zagęszcza. Wszyscy spoceni i źli.

W kącie siedzi jakaś para z małym dzieckiem w wieku około roku. Dziecko zwiercone, pewnie będzie płakać - myślą dorośli, bo sami chętnie by popłakali w obecnej sytuacji.

- Pociąg relacji Warszawa - "my" , odjedzie z opóźnieniem ok.10 min. Za utrudnienia przepraszamy.

Uuuuu.... słychać pomruk nienawiści.

A dziecko w śmiech. Głośny, serdeczny, prawdziwy.
Uśmiecham się i ja, bo śmiech jest zaraźliwy.
Pasażerów nie rusza, no może niektórych, widocznie reszta jest odporna na wirusa radości. 

Kiedy dziecko przestaje się śmiać, robi "a kuku" do taty. I znów się się cieszy.
Czy dziecku nie jest gorąco? Bo tacie jest, to widać. Ale tata też się uśmiecha.

Wreszcie pociąg rusza. Słychać odgłos ulgi. Jest nadzieja, że zruszy się powietrze. Okna pootwierane na oścież.

Niech w końcu trochę powieje!!!

Hurra! Nareszcie czuć podmuch powietrza, niestety gorącego jak z maksymalnie ustawionej suszarki.
No cóż, wciągamy i takie. Oddychać czymś trzeba.

Naprzeciwko mnie siedzi młody chłopak, ma ogromne słuchawki na uszach. Chyba rytmicznej muzyki słucha, bo przytupuje nogą. 

Nagle pociąg gwałtownie staje.
-Tośmy kurwa najechali - rzecze chłopak patrząc w okno, nie zdając sobie sprawy (w końcu na uszach ma moc decybeli), że mówi to bardzo głośno i że wywołuje tym jednym zdaniem salwę śmiechu w przedziale. Dalej patrzy w okno jakby nigdy nic.

A w przedział rży z rozbawienia. 

Dziecko patrzy trochę zdezorientowane i zdziwione, jakby myślało - dopiero ich rozbawilem? Ale mają zapłon.

A potem śmieje się w glos.
I nastawia dziubka do taty. Cmok.
Potem do mamy. Cmok.
To znów do taty, to znów do mamy.
A może pani też chce buziaka? 

I bach, z dziubkiem do pani obok.
Pani ciut zdziwiona, ale dziubaska odwzajemnia. Cmok.
Mało to higieniczne, ale dziecko przeszczęśliwe. Śmieje się dalej.

A może i pani chce buziaka? 
Druga pani nie chce.
Maluch nie może widocznie tego zrozumieć, bo próbuje ponownie.
Pani spuszcza głowę. Czyta. Albo udaje, że czyta.

Tata interweniuje, chce odciągnąć uwagę synka od pani, która go nie chce (ciekawe czy w przyszłości też to będzie robił?), wyjmuje z plecaka soczek. Chłopczyk popija i daje butelkę czytajacej. Pani udaje, że nie widzi.

Teraz interweniuje mama. Wyjmuje kartkę, taką zwykłą, z zeszytu. Coś na niej namazane długopisem, jakieś rysuneczki, literki. Maluch ma zajęcie na jakieś 15 minut. Co chwila oczywiście chce się podzielić kartką z tą upartą panią, która tylko czyta tę swoją głupią gazetę. Ale ta dalej udaje, że nie widzi. Nie to nie. Dziecko wpatruje się w kartkę, jakby na niej jakieś zaklęcia były. I obraca ją i patrzy dalej, obraca i patrzy. Urzeczone.

W całej podróży nie płacze ani razu, wręcz kipi energią i szczęściem. A przecież jest upał, temperatura nie do wytrzymania.
Na koniec dziecko robi wszystkim pa pa i posyła szeroki uśmiech.
"Pa ludziki, życie jest piękne" - ma wypisane na ślicznej buźce.

Ja jadę dalej. 

Po chwili pierwszy etap mojej podróży się kończy, dalej pociąg nie jedzie. Zdjęto tory, bo będą nowe. Kiedyś.
Wzamian zaoferowano komunikację zastępczą. Jednak dotrzeć do niej to niezły survival. Taka sobie ścieżka, po placu budowy, po starych płytach chodnikowych, po torach, po piachu. A kto pierwszy, ten ma lepsze miejsce w autobusie na dalszą podróż.

Wychodzę z gorącego pociągu. Na zewnątrz żar, ale i tak wydaje się chłodniej niż w przedziale.
W trzy minuty osiagam metę - dworzec autobusowy.
A tam już dumnie się prezentuje mój autobus z literą "W".
Stoją też autobusy "S". 

I tu pokrótce wyjaśnię nazewnictwo.
"S" oznacza szybki, czyli taki, który mknie prosto do kolejnej dużej stacji.
"W" to wolny, albo wiejski, jak kto woli, objeżdża wszystkie małe stacje pośrednie. Czyli moją też. Moja niestety jest prawie ostatnia.

Paradoks polega na tym, że "W", mimo że wiejski, to model autobusu typowo miejskiego. Taki czerwoniak jak w stolicy. Jeśli myślicie, że posiada klimatyzację, to się mylicie. Owszem, może i posiadał w czasach swojej świetności. Ale te już dawno minęły. Teraz jest to pojazd nieklimatyzowany, nie posiadający uchylnych okien. Ale ma szyberdach.

- Panie kierowco, uchyli pan to ustrojstwo w dachu - słychać prośbę.
- Bardzo bym chciał, ale zepsuło się.

Czyli mam jechać w taki upał w zamkniętej puszce??
Po moim trupie!
A jeśli tu zostanę, trupem będę na pewno.
Tak się teraz zastanawiam, czy ten napis na murze przy stacji, to nie jest ostrzeżenie? Do tej pory skupiałam się tylko na jego przesłaniu. 

"podróże kształcą"

Opuszczam z oburzeniem tę konserwę. Za nią stoi drugi autobus, też "W". Trochę kształtem przypomina starego ogórka, ale ma okna! Wszystkie uchylone. Luksus po prostu!

Biegnę, bo zaraz odjazd. W drzwiach staje kierowca. 

- Proszę się wrócić do poprzedniego, bo ja mam komplet ludzi.
- A wie pan gdzie ja mam pana komplet?! Tam jest 300 stopni, nie pojadę tym złomem!
- A ja pani nie wezmę.
- A to się jeszcze okaże! 

Zapomniał biedaczyna, że środkowe drzwi też ma otwarte. Nawet nie zauważył kiedy weszłam. I nawet miejsce się znalazło.

W końcu rusza. Zaczynamy wycieczkę po wsiach. Momentami mam wrażenie, że jeździmy w kółko i że to taka objazdówka dla wypełnienia jakiejś normy czasowej lub wyjeżdżenia paliwa, bo szef kazał.

O! Ten przejazd mijamy trzeci raz. A może to inny? Wszystkie przejazdy są ciut rozebrane, wyglądają jednakowo. Ale na pewno trzy razy przejeżdżamy przez tory. O! Znów.
Może to jakiś Trójkąt Bermudzki i kierowca nie potrafi z niego wyjechać?

Ludzie wychodzą na kolejnych przystankach, więc chyba wszystko jest w porządku. Czytam, by szybciej mijał czas (tak, to były czasy, kiedy nie woziłam ze sobą internetu i czytałam książki) albo drzemię, w zależności od stopnia wykończenia pracą lub upałem. Na szczęście czuć delikatny powiew. Jest już grubo po osiemnastej, więc temperatura odrobinę spadła.

Nagle rozpoznaję znajome tereny. Czyli z trójkąta wyjechaliśmy. Jeszcze pół godzinki i będę w domu. Autobus już prawie pusty, zostali najwytrwalsi. Z radia autobusowego płynie jakiś hit discopolowy. Patrzę w okno, krajobraz ucieka, zaczynają mi opadać powieki... 

Zasnę? O nie, to nie jest odpowiedni moment! Mój przystanek nie jest ostatni, mogę przejechać. Wrzucam słuchawki na uszy, głośna, energetyczna muzyka sprawia, że ożywiam się.
Ostatnie skrzyżowanie, ostatnia prosta. Autobus mija mój dom, a przystanek dopiero za 1000 m.

- Panie kierowco? Mógłby pan mi się tu zatrzymać?
- Na staruszkę pani nie wygląda. Co? Spacerkiem nie można?

Chyba zły, że mu się do środka wślizgnęłam cichaczem. No cóż, zemsta jest słodka. Nie zatrzymał się. Wysiadłam dopiero na właściwym przystanku. Jeszcze 15 minut spaceru i jestem w domu. Na zegarze godzina 19-sta. 


Lato minęło, a ja jeżdżę tak dalej. Od października 2014 r., kiedy to zaczął się remont na mojej trasie kolejowej. Nie, nie zawsze kierowcy są gburowaci. Często zatrzymują się mi przy samym domu. 
A czasami wręcz wymuszam zatrzymanie. ;) 

Kolej obiecała, że 1 listopada tego roku przywróci pociągi na całą trasę. Nie wyrobili się. Kolejny termin wyznaczono na grudzień. 

Podróżuję tak do pracy i z powrotem ponad rok, przeżyłam upalne lato, wytrzymam więc jeszcze trochę. 
Przecież co nas nie zabije, to nas wzmocni...
Grunt to się nie przejmować i cieszyć się życiem. Jak to dziecko. :)