poniedziałek, 13 czerwca 2016

Biegnij Warszawo Nocą czyli mój pierwszy raz




4 czerwca 2016 to dla mnie data szczególna. 
Tego dnia odbył się mój pierwszy w życiu oficjalny bieg. I to bieg na 10 km, w dodatku w nocy. Tak jakbym nie mogła zacząć od 5 km. Nie, od razu dycha. A jeszcze cztery miesiące temu uważałam, że przebiegnięcie nawet 3 km jest dla mnie rzeczą nieosiagalną. :) 


Pakiet startowy wyglądał tak:





Kosztował 55 złotych, niestety nie zawierał koszulki. Odebrałam go kilka dni wcześniej w takim miejscu:




Czwarty czerwca rozpoczął się jakoś tak nieszczególnie, na zewnątrz skwar, taki trochę przedburzowy, a u mnie ból głowy, lekkie osłabienie i brak apetytu. Może spadało ciśnienie, może to stres. Miałam złe przeczucia co do wieczornego biegu. No cóż, odwrotu nie było.
Z rana wcisnęłam na siłę małą kanapeczkę, koło 13-stej zjadłam pół kajzerki z dżemem, około 15-stej batonika z pakietu startowego. To był cały mój posiłek tego dnia.
Po południu przeszły burze. Pogrzmiało, zlało deszczem, ochłodziło się. I w tym momencie moje samopoczucie znacznie się polepszyło. Czyli pogoda. 

Przed 18-stą sprawdziłam czy wszystko mam i ruszyliśmy autem w drogę.
My, to znaczy ja i mój Mężczyzna, który dzielnie postanowił mi towarzyszyć, mimo że następnego dnia,  z samego rańca musiał jechać do pracy.
Ujechaliśmy jakieś 4km.

- Telefon!
- Co telefon? Nie wzięłaś?
- Wzięłam, ale ma tylko 45% baterii. 

Wiem. Takich rzeczy się pilnuje. No co, burza była, nie chciałam ładować telefonu w burzę. 
Muzyka, endomondo, fotki. Padnie jak nic. 

- Kochanie wrócimy po power bank?

A mój Mężczyzna, anioł nie mężczyzna,  bez zbędnych komentarzy zawrócił, nie robiąc żadnych problemów. Tak wyraża się miłość. Bo przecież mógł mnie zjechać, nie? 
Szybki powrót, telefon podłączony. Jedziemy. Po drodze deszcz. 
Ciekawe co robią organizatorzy, gdy w czasie biegu nadejdzie burza? Odwołują, przesuwają w czasie, biegnie się w burzę?
Burza jednak nie nadeszła, a Warszawa przywitała nas słońcem, które przebijało się za chmur.
I korkami.
W sobotę? Około dziewiętnastej? Korki? Przecież Warszawa wyjechała na wieś.
Niestety. Oprócz biegu w stolicy odbywał się również Orange Warsaw Festival. 
Jako że jestem stara warszawianka , znaczy ani stara , ani warszawianka, ale miasto trochę znam. A jak mam przy sobie mapę, czy to papierową, czy elektroniczną, dotrę wszędzie, skrótami też. Dlatego korki udało się ominąć. Niestety nie udało się znaleźć miejsca do zaparkowania. Godzina jazdy dookoła, wszystko zajęte. Wszystko. 

- Jedziemy pod mój sąd, znaczy moje dawne miejsce pracy, tam jest parking. - zarządziłam. 

A tam, dwa i pół kilometra dalej, też brak miejsc. No horror jakiś. Na szczęście jedno się znalazło. Uf. Czas uciekał, ale zostało go trochę na dojście. 
Szybkie siusiu w pobliskim pubie, żeby na miejscu już mieć to z głowy i w drogę. Po drodze przypinanie numeru i obowiązkowo fotka, choćby przy pomniku, który zresztą pierwszy raz widziałam na oczy. Jednak kiepska ze mnie warszawianka. :-)




Na miejsce docieramy około 21-ej.
Zdążę jeszcze cyknąć kilka zdjęć.


stadion Legii


                                                              meta przygotowana


O 21.10 dociera też Paulina, z którą miałam biec. 

- Czym jechałaś? - pytam
- Biegłam - śmieje się ona.
- Jak to biegłaś? - pytam głupio, choć może wcale nie tak głupio, bo zrobić bieg przed biegiem, normalnym nie jest, więc pytam.
- Do Warszawy przyjechałam autobusem, a z dworca przybiegłam.  

Sprawdzam w google maps, od dworca jest 5 km. Nieźle. Tylko, że ona w ogóle nie wygląda na zmęczoną.

- A gdzie się przebierałaś? - wciąż nie mogę uwierzyć w ten jej bieg.
- W biegu. - śmieje się. 

Szalona jak zawsze. Kłaniam się nisko. 
Najpierw biegnie 5 km, dychę jak się potem okazało robi w 56 minut, a potem jeszcze wraca z nami na parking dwa i pół kilometra pieszo. I zero zmęczenia. Kobieta dynamit. Do półmaratonu gotowa jak nic.  
Oczywiście z góry miałyśmy ustalone, że widzimy się na starcie a potem każda biegnie swoim tempem.  Chwilę jeszcze rozmawiamy. Za depozyt robi mój Ukochany, więc nie musimy tracić czasu na odstawienie rzeczy, zwłaszcza że czasowo przybyłyśmy na styk. Rozgrzewką był dla mnie marsz, a dla niej bieg. 
Gadamy sobie spokojnie. Zresztą nie tylko my, bo wokół słychać rozmowy. W tle gra rytmiczna muzyka, słychać głos prowadzącego, ale nie bardzo słychać co mówi. Stoimy przecież prawie na samym końcu. 

- Co masz taką nieciekawą minę - pyta mnie Paulina.
- Zastanawiam się co ja tu robię. 

Bo naprawdę się zastanawiałam. Dookoła sami biegacze i ja. Tak. Tak głupio w tym momencie myślałam. Nie dasz rady - podpowiadał mi mój wewnętrzny głos. Jesteś nieprzygotowana, mało trenowałaś, zostaniesz na samym końcu. Ci co są w tej chwili za tobą, szybko cię miną - mój wewnętrzny krytyk się rozkręcał. Na szczęście padł strzał startowy i chyba się wystraszył, bo poszedł w diabły.

Zaczęło się.



Oczywiście tej piosenki wcale nie słyszałam. Szkoda, bo bardzo ją lubię. A może dobrze. Jeszcze bym się wzruszyła. :-)

"Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna, po szynach ospale... "

Wiadomo, że jak się jest w ostatniej strefie startowej, to sam start trochę trwa. Najpierw spacerek w rytm muzyki. Jesteśmy już bliżej głośników, więc słyszę, jak prowadzący mówi, że nie trzeba się spieszyć na pierwszych kilometrach, że najlepiej zacząć powoli. Taki jest mój wstępny plan: 5 km przebiec na lajcie, a potem... kolejne 5 też przebiec na lajcie. :-)

Wreszcie marsz zamienia się w bieg. Paulina rusza ostro do przodu, sprytnie omijając poszczególnych biegaczy, a ja...
Hmm.. przepraszam, czy tu wszyscy uprawiają slow jogging?
Jakoś tak dla mnie za wolno. Postanawiam przyśpieszyć. Znam trasę, bo przecież przebiegłam ją sama jakiś czas temu, wiem, że po pierwszym kilometrze będzie dość stromy podbieg na Agrykoli. Tam sobie zwolnię, a tu przyspieszę. I tak robię. 
Zaczynam wyprzedzać biegaczy. Tak, ja - ta, którą wszyscy mieli wyprzedzać. To jest dla mnie tak niewiarygodne i dodaje mi takich skrzydeł, że na podbieg prawie że wbiegam. Nie no, bez przesady, wchodzę, ale dziarsko.

Na podbiegu mijam pana na wózku, też zawodnika. Ledwo się wtacza na górę.
- Może pomóc - pytam? 
- Nie. Dziękuję. - odpowiada jakoś tak nieśmiało. 
- A może jednak? - ponawiam próbę - tu jest dość stromo. 
I już nawet próbuję złapać za jego wózek, kiedy on, tym razem stanowczo, mówi:
- Nie! Ja sam! 
Ok. Rozumiem. Życzę powodzenia i ruszam dalej.

                                                       źródło: isrodmiescie.pl

A na górze?  Na górze kontynuuję proces wyprzedzania, jednocześnie otwierając oczy ze zdumienia. Co Ci ludzie tak wolno biegną? A może to ja biegnę za szybko? Trudno, najwyżej pod koniec biegu dostanę za to w kość. No niby mogłabym zwolnić, tylko po co, skoro biegnie mi się lekko, bez zmęczenia.

Mniej więcej koło 3 km zastanawia mnie dlaczego endomondo mi nie gada. I to jest moment, kiedy pierwszy raz przechodzę w marsz (oczywiście nie licząc podbiegu), ale tylko po to,  by wyjąć z saszetki telefon. Oczywiście endomondo wyłączyło się. Włączam ponownie, nie liczy mi kilometrów. Tylko czas. Włączam jeszcze raz. Poszło. No cóż, nie pierwszy raz ta aplikacja mnie zawodzi. 
Ruszam dalej. Na chodnikach sporo ludzi. Machają, przybijają piątki, dopingują. Niesamowite! Niesie mnie.

Wbiegamy na Most Poniatowskiego. Od Wisły czuć orzeźwienie. Bo ogólnie jest bardzo ciepło, mimo że jest noc. Po mieście chodzi mnóstwo ludzi, pod mostem, na plaży tętni życie, widać  pełno światełek, ogniska. 
O! Fotograf! Trzeba się ładnie wyprostować, uśmiechnąć... gdy przebiegam obok niego, akurat poprawia obiektyw... no cóż, pewnie złapie mnie później, jak już będę zdychającym potworem. 
No to ja zrobię fotki. Trochę w biegu, trochę się zatrzymuję.





Mijam Stadion Narodowy pięknie oświetlony.




Ech... uwielbiam Warszawę nocą. 
O! Niektórzy już na dole.



Biegnę dalej. Znów wyprzedzam, biegnie mi się lekko, zero zmęczenia. To niesamowite! 
Zbiegamy z mostu ślimakiem. Przed zbiegiem ekipa grająca na bębnach. Uwielbiam bębny. Na dole po prawej Stadion Narodowy w pełnej okazałości. 
A za nim...
Wodopój?? Ale, że co? Że to już piąty kilometr? Ej no, tak lekko przebiegłam sobie 5 km?
To się nie dzieje naprawdę!!

Woda. Nie byłam spragniona. Nie zaschło mi nawet w gardle, bo na to mam swój patent, przez cały bieg żuję gumę, guma sprawia, że nie wysycham. Jednak kubeczek biorę i kilka łyków łapię. Nie jest to dobry pomysł, trochę się zapowietrzam. Na szczęście zaraz mi to dziwne uczucie przechodzi. 
Kubeczki. Każdy rzuca je gdzie popadnie. Tysiące kubeczkow na ulicy. Śmieszny widok. Nawet próbuję to uchwycić, ale zdjęcie kiepsko wychodzi.
  
Biegnę. Wciąż bez zmęczenia. 
Przed Mostem Świętokrzyskim mała pętla, niektórzy robią sobie skrót. Bez sensu. Oszukują przecież tym samych siebie. O! Znów bębny. Pięknie bebnią. 
Wpadamy na Most Świętokrzyski. Bardzo lubię ten most. Widać z niego najpiekniejszą panoramę miasta. 



No wiem, słaba jakość, to tylko telefon, w nocy robi kiepskie zdjęcia.

Fotograf! Teraz? Wiedziałam. Oczywiście, że się uśmiecham, ale znów chyba mnie nie złapał. A jednak. :-)



Mijają kolejne kilometry. Biegniemy przez centrum miasta, w knajpach siedzą ludzie. Machają, krzyczą do nas.

- Gdzie wy wszyscy  tak biegniecie? 
- Na piwo - odpowiada jeden z biegnących.
Śmieję się.

Wpadamy na ulicę Rozbrat. To właściwie ostatnia prosta, no dobra, przedostatnia, ale to długa ulica. Chyba tu dopiero zaczynam odczuwać zmęczenie. To mniej więcej  ósmy kilometr. Niektórzy już wracają z medalami na szyi. Zaczynam trochę dreptać marszem, ale nie tylko ja. Inni też. Przyłączam się do jakiejś wesołej grupy. Dziewczyny poprzebierane w różowe spódniczki, zwracają na siebie uwagę, odpowiadają na zaczepki kibiców. Słychać różne żarty. Dzieje się. To odciaga moją uwagę od zmęczenia. Celowo wyjmuję słuchawki z uszu,  żeby słyszeć rozmowy.
Trochę biegnę, trochę maszeruję, ale tego marszu o dziwo jest niewiele.

Zza drzew wyłania się wiadukt. Wiem że za nim będzie skręt w lewo i ostatnia prosta, krótka prosta. Przebiegam pod wiaduktem, nie jestem aż tak bardzo zmęczona,  żeby nie przyspieszyć. Po bokach mnóstwo kibiców, dopingują, słyszę już głos prowadzącego. No to czas dać czadu. Pędzę z całych sił, najwyżej umrę. Chyba w całym swoim życiu nie biegłam tak szybko. Widzę już metę, mijam pana na wózku, tego samego co na podbiegu. Zbliżam się do słupów mety. Nic mnie już nie zatrzyma. Ręce w górę i jest!!
Meta!!! Hurrrra!!!
Ogromna radość! Niesamowita! Niewiarygodna! 
Mam w nosie czas! Dobiegłam!  To się liczy!










ten zielony stwór to ja :)

Zatrzymuję się. Dostaję medal, wodę. Przez chwilę kręci mi się w głowie, mam nawet wrażenie, że.. umieram??  Ten dziwny stan trwa kilka sekund. Dochodzę do siebie. Ruszam w umówione miejsce. Ustaliliśmy, że jakby komuś rozładował się telefon, spotykamy się przed wejściem na Torwar. 
Mój M i Paulina już czekają. Ona zdążyła się już rozciagnąć, odpocząć, wstawić zdjęcia na fejsa. Tyle na mnie czekała.
A ja? Ja już czuję się bardzo dobrze. Wręcz świetnie. Przepełnia mnie taka energia, że chyba mogłabym biec dalej. Rozciągam się.


    


Po chwili przychodzi sms z czasem:

1:14:11

Godzina, czternaście minut. To czas lepszy o sześć minut według tego, co mi pokazało endomondo, gdy robiłam tę trasę sama.  Czyli jest życiówka. :-)

Telefon pada. Czas wracać. Ruszamy na parking. Dwa i pół km na piechotę. Jestem wciąż na adrenalinie. Warszawa tętni życiem, jest prawie północ, a ludzi wszędzie mnóstwo. Docieramy do samochodu. Ponad godzina jazdy i jestem w domu. Jest pierwsza w nocy.

Patrzę na swój medal i nie mogę uwierzyć. Sen to czy nie sen? 
Nie, medal jest realny. A ja już wiem, ba, wiedziałam to już w trakcie biegu, że to nie jest mój ostatni udział w takim przedsięwzięciu...

A teraz podziękowania. :-)
Dziękuję mojemu Mężczyźnie za to, że ze mną tam był. Paulinie za to, że ze mną biegła. 
Dziękuję tym, którzy mnie bieganiem zarazili, bo to od Nich się zaczęło. Dziękuję za wszelkie wskazówki, które dostaję. 
Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki, tym którzy mnie wspierają i dopingują. 
A na koniec dziękuję sobie za to, że jestem na tyle szalona by biegać. :-P
Dobra, zwijam już ten czerwony dywan. Gala zakończona. ;)
Do następnego razu. :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz