niedziela, 29 maja 2016

W czarnej PUP-ie, czyli o tym jak stać się bezrobotnym (lub nie).




Skończyło mi się ubezpieczenie zdrowotne. Ponieważ nie mam jeszcze żadnej pracy, a nawet jak ją znajdę, to przecież nie od razu dostanę umowę, a czasami można nie dostać jej w ogóle, postanowiłam pofatygować się do powiatowego urzędu pracy - w skrócie PUP . Bo życie bez ubezpieczenia jest ryzykowne. Jestem zdrowa, do lekarza nie chodzę, ale np. biegam, wystarczy uraz, wystarczy upadek, wypadek, atak wyrostka ... tfu tfu tfu..

Kiedy sobie uświadomiłam, ile w takiej sytuacji może kosztować mnie szpital, najpierw zbladłam, potem zebrałam niezbędne papiery i pognałam do najbliższego urzędu pracy, czyli 30 km od mojego miejsca zamieszkania.


Podejście pierwsze.

W PUP-ie uderzyła mnie ilość osób oczekujących na rejestrację. 15 bezrobotnych. Niepewnie spojrzałam na zegarek, panie przyjmują do 14-stej,  była 11-sta. Nie no, aż tak długo to chyba nie trwa. Zajęłam kolejkę, usiadłam w kąciku, wyjęłam książkę i zaczęłam czytać.

- Przepraszam, kto teraz wchodzi?
- Ja - odezwał się kobiecy głos.

Oderwana od książki zerknęłam w stronę głosów, a w zasadzie ich właścicieli. Nie to żeby mnie jakoś interesowali, ale kolejki trzeba pilnować. Każdy to wie.

- A czy ja mógłbym wejść przed panią? Bo bardzo mi się śpieszy. - młody, tęgawy mężczyzna chyba nie miał cierpliwości do czekania, chyba nawet nie miał książki, która by mu to czekanie ułatwiła.

- O ile państwo się zgodzą. - dodał.

Haha. Dobry. Kulturalnie bezczelny. Przed nim w kolejce było z 10 osób. I jak łatwo było przewidzieć, Państwo się nie zgodzili.
Młodzieniec obruszył się i odszedł zabierając ze sobą kolegę. 
Dwie osoby mniej -  ucieszyłam się i wróciłam do czytania.

Kruczoczarna kobieta, za którą byłam w kolejce odebrała telefon. No to się teraz zacznie trajkotanie nad uchem - pomyślałam. No co, pani wyglądała na taką, co to będzie trajkotać. O dziwo  zaczęła rozmowę i wyszła nie informując, czy ma zamiar wrócić. 
A może nie wróci? Nie wróciła. Trzy osoby mniej.

Kolejka leniwie posuwała się do przodu.
Wyglądało na to, że nic już się nie wydarzy. Przez chwilę zaleciało mi jakimś żulowatym smrodkiem, który szybko jednak został wypędzony przez wiosenne powietrze, wpadające z otwartego okna.
Petenci wchodzili, wychodzili, niektórzy bardzo wzburzeni, znaczy ci co wychodzili. 
Ci co wchodzili byli bardzo zadowoleni, bo w końcu się doczekali. 
Słowa, które padały z ust tych wychodzących trochę mnie zaniepokoiły.
Papierologia! Biurokracja! I inne...na pe i ka. 
Wystarczyło jednak spojrzeć na moją teczkę wypchaną  doświadczeniem zawodowym, która leżała obok, by mój mózg spokojnie mógł wrócić do czytania. Mam wszystko co potrzebne.

- O Halinka! Długo czekasz? Choć do mnie.

Nie, to nie ja jestem Halinka, więc nie do mnie były te słowa, do pani obok. Pani poszła do sąsiedniego pokoju, rejestrację załatwić po znajomości... a ja...ja wcale jej nie zazdrościłam tych znajomości, bo jeszcze wtedy nie wiedziałam że powinnam. Skupiłam się bardziej na fakcie, że znów jedna osoba w kolejce mniej.

Czytałałam dalej. Zapobiegawczo przesunęłam się kilka krzeseł, żebym przypadkiem się nie zaczytała i nie przegapiła kolejki. Znów zaleciało żulowatym smrodkiem. Tym razem przepędził go zapach obiadu.
Gdy przede mną była tylko jedna osoba, ponownie poczułam znajomy smrodek. 
O! Nawet właściciel tego smrodu się znalazł, wyszedł właśnie z pokoju rejestracji, zaklął pod nosem i poszedł.

No to teraz ja. Zerwałam się z krzesła, chwyciłam swoją teczkę i gdy już przekraczałam próg pokoju, do uszu moich doleciało znienawidzone przez wszystkich petentów, we wszystkich urzędach świata, zdanie. 
Nawet nie zdanie, bo orzeczenia w nim nie było.

- 5 minut przerwy! -  krzyknęła stanowczo pani urzędnik.

Oczywiście wiedziałam, że liczba 5 ma tu wymiar symboliczny.  O dziwo, padło nawet uzasadnienie tej przerwy.

- W takim smrodzie nie da się pracować.

Złośliwie, ale dyskretnie (nie jestem głupia, nie narażam się urzędnikom przed wizytą u nich) zaczęłam odmierzać czas. I bardzo się starałam, by na mojej twarzy był widoczny wyraz zrozumienia dla urzędniczych działań odtruwania powietrza. 
O ile jednak otwieranie wszystkich okien było działaniem słusznym, o tyle demonstracyjne przejście pani urzędniczki z odświeżaczem powietrza, było jak dla mnie ponownym zatruciem atmosfery. 
Uf, dobrze że okna były wciąż szeroko otwarte.

Nie, nie skomentowałam, że to śmierdzi chyba gorzej jak pan smrodek (czy to przypadkiem nie jest trucizna na muchy?) . Nie wyraziłam nawet wzrokiem swojej dezaprobaty. 
Uznałam to za próbę przyspieszenia dezynfekcji powietrza dla dobra petenta. 
W końcu na całą akcję przeznaczono tylko  5 minut, trzeba było działać szybko.

O! Minęło 10.

Kiedy smród odświeżacza vel dezynfekatora ulotnił się, okna przymknięto, by nie powodować dalszego przeciągu. 
Niestety przymknięto też drzwi i to przed moim nosem, gdy z moją napakowaną teczką próbowałam ponownie przekroczyć próg pokoju.

- Jeszcze chwileczkę musi pani zaczekać - rzekła urzędniczka zamykając drzwi, ale zanim je zamknęła dostrzegłam pudełko z całkiem apetyczną sałatką i kanapki.

Zapowiadało się, że chwileczka ta trochę potrwa.
Ja wszystko rozumiem. W sumie też byłam głodna, więc dlaczego panie miałyby nie być. Tylko że w urzędzie w którym ja pracowałam, coś takiego było nie do pomyślenia. Jeśli osób obsługujących było dwie, jedna szła jeść, druga pracowała. A potem była zmiana. No cóż, co urząd to obyczaj.
Trzeba czekać. Jestem bezrobotna, to mam dużo czasu, nie? 
Ze stoickim spokojem otworzyłam książkę.

Po 15 minutach drzwi otworzyły się i zostałam zaproszona.

- Dowód proszę. Czy była pani już u nas rejestrowana?
- Tak - rzekłam, wyjmujac dowód i ostatnie świadectwo pracy.

Tak na logikę, skoro w ostatniej firmie przepracowałam 10 lat, a całą resztę  PUP ma w komputerze, to chyba wystarczy ostatnie świadectwo? 

Niestety urzędy kierują się swoją, tylko im znaną logiką.

- Musi pani mieć wszystkie poprzednie świadectwa. Bo musimy z nich zrobić kopie.

Wszystko mają w kompie i będą robić ksero? To się nazywa postęp. Nie wiem, może chodziło o skan. Mój stoicki spokój został trochę naruszony brakiem logiki w urzędowym myśleniu.
Jednak z satysfakcją wyjęłam swoją tekę i zaczęłam z niej wydobywać wszystkie świadectwa pracy.

- I świadectwo szkolne.

I w tym momencie poczułam się jakbym dostała w twarz. Mój spokój oddalił się w tempie biegaczy kenijskich. 
Nie mam. Nie wzięłam.

- Od czasu, gdy skończyłam szkołę średnią nic się w moim wykształceniu nie zmieniło.
- Muszę mieć dokument żeby zrobić kopię.
To mantra jakaś czy co?
- Żeby mogła pani otrzymać zasiłek musimy mieć wszystkie dokumenty
- Ale przecież nie należy mi się zasiłek. Ja zwolniłam się z pracy sama.
- Za trzy miesiące będzie się należał. Przez kolejne trzy miesiące będzie pani zasiłek otrzymywać.
- Nie chcę zasiłku! Chcę ubezpieczenie, bo mi się skończyło, a za trzy miesiące to ja już będę pracować.
- Nic nie poradzę. Zapraszam z kompletem dokumentów. 

Słów, które cisnęły mi się na usta nie zacytuję.

Podejście drugie. Za jakiś czas.

Wchodzę do PUP-u z teką pogrubioną o moje świadectwo maturalne, patrzę a tam jedna osoba w kolejce. Trudno to nawet nazwać kolejką. Dobry znak. 

Po 15 minutach wchodzę do pokoju rejestracji. Tym razem obsługuje mnie inna pani urzędnik. Kolejny dobry znak. 

Wyjmuję komplet dokumentów, pani przegląda, sprawdza w komputerze, przy każdym papierze kiwa głową, jest dobrze. 
Przy ostatnim dokumencie ma wątpliwości. 

- Krysia zobacz - woła koleżankę - pani miała działalność, ma wypis z ewidencji, a poza tym nie ma tego w komputerze.

Ciekawe. To była moja pierwsza praca. Przy poprzedniej rejestracji nikt tego nie wprowadził?

- Musi być zaświadczenie z ZUS-u o wysokosci składek. - pada szybka odpowiedź. 

Blednę. Ale nie tracę nadziei.
Mam zaświadczenie z ZUS-u, stare bo stare, ale przedkładam, może przejdzie. 
Okazuje się że wiek zaświadczenia nie jest istotny, istotne są liczby, a dokładniej wymienione w nim składki. Zaświadczenie zdaniem pani Krysi jest niedokładne.

Blednę jeszcze bardziej, nawet moja opalenizna biegowa nie pomaga. 

- Dobrze, to ja pojadę do ZUS-u i zaraz to zaświadczenie dowiozę.

Wiem, czasami jestem naiwna. Pani Krysia patrzy na mnie z satysfakcją w oczach. 

- Dwa tygodnie się czeka w ZUS-ie.

Wyszłam z urzędu z postanowieniem, że nigdy już tu nie wrócę. 
Wychodząc spojrzałam na widniejacy na budynku napis:

"RAZEM ZDZIAŁAMY WIELE"



zdjęcie pochodzi z https://pixabay.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz