niedziela, 1 maja 2016

Podsumowanie kwietnia.




Kwiecień minął na petardzie, czyli tak jak zaplanowałam.

Przede wszystkim mogę nazwać go miesiącem biegowym, bo to czas, kiedy zaczęłam biegać tak naprawdę.

Pierwsza przebiegnięta minuta...
Pierwsze dwie minuty...
Pierwsze trzy minuty...
Pierwsze cztery...
Pierwsze pięć...
Pierwsze szesć...
Pierwsze dziesięć minut...
A pomiędzy nimi wciąż jeszcze sporo maszerowania.

Lecz za każdym razem ogromna radość, że mogę więcej. Ogromna i niewiarygodna. :)

Potem pierwsze 5 km biegu przerywanego marszem, wtedy, gdy traciłam siły. 
A przecież marzyłam na początku żeby przebiec choć trzy.

Przy kolejnych wybieganiach na 5 km endomondo zaczyna mi przysyłać informacje o rekordach.
Nie wiem na ile są one wiarygodne, ale przy każdej cieszę się jak dziecko. :)
Wiem, dla tych co biegają długo, to trochę śmieszny czas, ale to przecieć moje życiówki. :D





A potem poziom radości zamienia się w szaleństwo.

Pierwsze 7 km. Haha...ja...ja przebiegłam 7 km. I to wtedy, kiedy rano byłam sflaczała i nie miałam na nic siły! Kiedy na zakupach ledwo łaziłam, a na trening wyszłam z przekonaniem, że dziś to chyba nawet trzech nie dam rady. A tu siedem. Niewiarygodne!

26 kwietnia wychodzę na kolejny trening pełna energii. Plan jest taki, by zrobić 5 km wolnego biegu. Relaksacyjnie, bez pośpiechu, bez kontrolowania czasu. I tak biegnę. Oczywiście z przerwami na krótki marsz, kiedy się zmęczę. Nie myślcie sobie, że ja już tak sobie pomykam biegiem ciągłym. :)
Po 5 km stwierdzam, że spokojnie dam radę więcej, może 7, tak jak ostatnio?
Po 7 km mogę dalej, no to może 8, tyle co ostatnio zaliczyła Blogierka. Eee tam, zrobie 8 i pół, będę miała więcej. :P
Wyszło 9, a ja żyłam...przecież do dyszki już tylko kilometr!

Hurrrraaaaaaaa! Pierwsza w moim życiu dycha zaliczona!!!

Czas  -  1 : 20 : 31.

Wpadłam w biegową euforię i szybko wykluł się w mojej głowie iście szatański pomysł - a może jednak zapiszę się na ten bieg, co mnie tak Blogierka prowokuje?

Nieeeeee...jeszcze nie...

A potem przeczytałam na blogu Lifestylerka wpis Jestem na tak, czyli pozytywne myślenie.
Napisałam sobie JESTEM NA TAK. Dlaczego więc mam nie pobiec?

I następnego dnia zaczęłam kombinować skąd wziąć kasę na ten bieg, bo kwota 55 zeta to w moim obecnym budżecie bezrobotnej duży wydatek i...

Wczoraj zarejestrowałam się na bieg "Stulecie Legii. Biegnij Warszawo nocą"
4 czerwca 2016, bieg na 10 km

4650 - mój numer startowy :)
Kurcze, mam swój pierwszy w życiu numer startowy! Ale jazda! :)

Oczywiście w 5 minut po rejestracji dopadło mnie pytanie:

Co ja najlepszego zrobiłam??

No cóż, jak się powiedziało A trzeba powiedzieć B, bieg jest 4 czerwca, jeszcze cały miesiąc treningów. Limit czasowy to dwie godziny, jeśli swoją pierwszą dychę, na spokojnie, bez spiny, pokonałam biegomarszem w godzinę dwadzieścia, to tu też dam radę...

I tu się odezwał pan dobra rada, czyli mój wewnętrzny krytyk:

- A wiesz jak się będziesz czuła, kiedy cię wszyscy zaczną wyprzedzać i zostawią cię daleko w tyle?
Teraz biegasz sama, sama sobie narzucasz tempo, tam będziesz się czuła pokonana zaraz po starcie.
Zobaczysz. Przecież nikt o zdrowych zmysłach  i takich wynikach jak twoje, nie startuje w takim biegu. Co ty sobie w ogóle myślisz? Raz przebiegłaś 10 km i już wielka biegaczka się z ciebie zrobiła. Jakbyś może nie zauważyła, to bieg nocny jest, przecież ty nigdy w nocy nie biegałaś.
A do tego "stulecie Legii", ty wiesz co tam się może dziać?

Nie wiedziałam, ale moja wyobraźnia zaczęła pracować...

O nie!
Znokautowałam drania, pogoniłam, ale wiem, że uparciuch wróci.
Zapewne zaatakuje przed samym biegiem, bo to cholera wredna jest. Ale teraz to nieważne.

Mam cel, a zapisanie się na ten bieg  i w ogóle całe to moje kwietniowe bieganie, które wreszcie bieganiem mogę nazwać zaliczam do #12niecodziennych. Kto nie wie jeszcze o co chodzi, zapraszam do Kasi, wystarczy kliknąć na banerek z prawej strony.


#12niecodziennych w kwietniu:

1.
Regularne bieganie, rekordy, zwiększanie dystanu, pierwsza dycha i zarejestrowanie się na bieg.


2.
Zakochałam się. Nie, nie w mężczyźnie, na razie jeszcze kocham swojego M, choć przyznaję, że momentami moja cierpliwość do niego bywa wystawiona na ciężką próbę. 
Ha! Wiem, że to przeczyta. :P
Zakochałam się w mieście Olsztyn, do którego miałam okazję pojechać na 4 dni, w odwiedziny do córki. Byłam tam pierwszy raz. Olsztyn jest piękny. Urzekła mnie między innymi starówka, jak w jakimś górskim mieście, tu pod górę, tam z górki, małe uliczki, duże ulice. Ma to swój klimat.
W parkach ścieżki, schodki. Drzewa sie zieleniły, niektóre kwitły. Pięknie.
Zrelaksowałam się maksymalnie.


3. 
A potem zakochałam się po raz drugi, w kocie mojej córki.
Małe zezowate szczęście i aż dziw, że w tej małej główce tyle mądrości. :)




                                                 
                                                                             Leon

4. 
Po powrocie z Olsztyna wpadłam w wir przygotowań do osiemnastki mojej siostrzenicy.
A na tej osiemnastce miałam okazję PIERWSZY raz w życiu zatańczyć ze swoim synem. Dwadzieścia lat go chowałam i jakoś się nie zdarzyło. Nie licząc oczywiście tego dylu dylu, kiedy był małym dzieckiem. ;) Tańczy dobrze, wiadomo, po mamusi. :P


5. 
Robię miód z mniszka lekarskiego. Codziennie po trochu. A kwiaty rosną na potegę.:)
Więcej tutaj.


6.
Zaczęłam regularnie skakać na skakance, dobra, przyznam się, ostatnio trochę to zaniedbałam.:P




Tak. Stanowczo mogę stwierdzić, że kwiecień był dobrym miesiącem.
Mam nadzieję, że maj będzie równie dobry, o ile nie lepszy. Musi być!

Czego i Wam życzę. :)

"Kwiecień plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata"   A lato już niedługo. ;)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz