sobota, 25 lutego 2017

Własne bułeczki czyli uroki życia na wsi.




Dzień wolny. Samotny dzień wolny, czyli taki, kiedy postanawiam, że będę intensywnie leniuchować i nikt, ani nic mi w tym nie przeszkodzi.

Oczywiście jak zawsze z rana idę sobie zrobić kawę dumna z siebie, że ją wczoraj zakupiłam, wracając z pracy. Niedużo brakowało a nie zdążyłabym przez to na pociąg, ale czego się nie robi dla kawy. Znawcy tematu wiedzą, że kawa to podstawa i bez kawy nie ma życia. Wiadomo, kawa sama w sobie jest wspaniała, znaczy wspaniały ma zapach, ale żeby w pełni skorzystać z jej uroków, do kawy potrzebna jest woda, najlepiej wrząca.

Idę więc z ogromną radością (spowodowaną perspektywą spożycia cieplutkiej, pachnącej kawusi) do kuchni, nalewam wody do czajnika, stawiam czajnik na gazie, odpalam gaz, a tu... 


Gaz nie leci. 
O cholera! Tylko nie teraz. To nie jest możliwe, żeby gaz skończył się właśnie teraz! 

Jest możliwe. Gaz zawsze kończy się w nieodpowiednim momencie. 

Wizja świeżo zaparzonej kawy zaczyna się oddalać w niebezpieczny sposób.
Mózg jeszcze trochę zaspany zaczyna kombinować, jakby tu ugotować wodę.

Nie. Nie posiadam czajnika elektrycznego. Posiadam ekspres, stary bo stary, ale jest. Tylko że musiałabym go wydobyć z piwnicznych czeluści.  Zakopałam go tam, bo go nie lubię. Jeśli jednak nie będzie wyjścia, odkopię.

Najpierw może wykonam telefon do przyjaciela (jest w pracy).
Mój Ukochany to osoba, do której zawsze dzwonię wtedy, gdy wpadam w panikę (panika oznacza, że zestrachany mózg nie jest zdolny do samodzielnego myślenia). Mój M albo mnie uspokaja i zaczynam racjonalnie myśleć, albo podsuwa gotowe podpowiedzi. Tym razem był gotowiec - przecież posiadamy mały, elektryczny czajniczek turystyczny. Tak rzadko używany, że zapomniałam o nim na śmierć. 
Hurrrrraaa!!
Znajduję czajniczek. Szybko włączam Jest kawa. Jestem uratowana. 

Popijając kawę rozmyślam co dalej.

Miałam dziś sobie zrobić szlafrok-party, ale przecież muszę iść po gaz. 
#urokiżycianawsi

Szlafrok-party to mało udana impreza, gdy odczuwalna temperatura w mieszkaniu to + 15. Muszę napalić w piecu.
 #urokiżycianawsi

O ile zimno i brak gazu nie sa skutecznym motywatorem do ubrania się w odzież inną niż szlafrok, o tyle poranne info od córki - mamo, jak wychodziłam w skrzynce był list - zadziałało genialnie. Spróbujcie zlekceważyć tę natrętną myśl, że w skrzynce czeka list.

Odziana w odpowiednią warstwę ubrań - kurtkę, czapkę, szalik, ciepłe buty (na dworze minus dziesięć plus wiatr), ruszam w podróż do skrzynki wiszącej na furtce. Przez zaspy. 
Fak...t!  Muszę odśnieżyć podwórko.
 #urokiżycianawsi

Przy furtce zamieram z przerażenia i stoję jak słup soli (dobrze, że sól nie zamarza). 
List jest z ZUS-u, a to nie wróży nic dobrego.

Wracając przez zaspy do domu i rozkminiając, co może chcieć ode mnie ZUS, mało co nie popadam w depresję. Z zusem już miałam do czynienia o tu i tu.

W domu okazuje się, że ZUS przysłał mi PIT. Kamień wielki jak zaspa przed domem spada mi z serca. Z tej radości postanawiam zjeść sobie jakieś pyszne śniadanko, ale zaraz po tym dociera do mnie, że mam pustą lodówkę! O zgrozo! Chlebak tez jest pusty!

Nie. Nie skoczę szybko do spożywczaka na dole, bo do najbliższego jest jakieś  3 km. #urokiżycianawsi

Zjadam ostatnie 5 cukierków czekoladowych (cudem zachowanych), z głodu nie umrę, ale i tak muszę zorganizować gaz. Na szczęście punkt sprzedaży jest blisko, więc odziewam się podobnie grubo jak w wędrówce do skrzynki, odkręcam butlę (na szczęście odpowiedni klucz leży zawsze obok), ładuję ją na sanki i ruszam. 

Właścicieli punktu nie ma w domu.

Wracam. Żołądek zaczyna do mnie mówić, że 5 cukierków to za mało na poranny posiłek. W odpowiedzi równie mocno potrzebujący poczucia sytości mózg wymyśla bułeczki. 

Własnoręcznie zrobione, upieczone w piekarniku. Pyszne, chrupiące, pachnące.

Własny wypiek? Ja?? Pierwszy antytalent kuchenny RP? 

Dobra. Zaryzykuję. Czego się nie robi z głodu. 

Szukam przepisu. Wchodzę więc na często przeze mnie odwiedzany kanał  na YT - skutecznie tv (lubię patrzeć jak ta pani gotuje, poza tym samo hasło "proste, smaczne i szybkie" działa na mnie bardzo motywująco), szybko odnajduję przepis na bułeczki. 
Jest. I to na bułeczki błyskawiczne, idealne dla mnie. 




Ogarniam składniki. Uf, mąki wystarczy, drożdże są (trochę przeterminowane, ale nie bądźmy drobiazgowi). Reszta jest.

Logika mi podpowiada, że skoro ciasto ma urosnąć, musi być ciepło w chacie. Może najpierw rozpale w piecu. #jestmotywacja

Rozpalam w piecu, po chwili zagniatam ciasto zgodnie z przepisem (jakie to łatwe), odstawiam w ciepłe miejsce i lecę po gaz. 

Właściciele wrócili. Tym razem się udało. Hurra! Będę mogła coś ugotować. Ale zaraz, przecież mam piec bułeczki. Po powrocie zaglądam do ciasta. Rośnie. Jest dobrze.

Przykręcam butlę z gazem. Tak, potrafię to. 
#urokiżycianawsi

Zaraz, co ja miałam jeszcze zrobić? Odśnieżyć. Przecież nie będę odsnieżać na głodnego. Co się odwlecze, to nie uciecze. Robię sobie więc kolejną kawę, podkładam do pieca i biorę się za formowanie kajzerek.

Ciasto przykleja się do rąk. Pani na filmiku się nie przyklejało. Może podsypię mąką. 

Ups. Mąka się skończyła. 

Wynajduję jeszcze jakieś resztki żytniej.  Akurat na odklejanie ciasta od rąk.
Tworzę z ciasta kuleczki, o takie. 


Jestem zachwycona swoimi umiejętnościami, kuleczki są śliczne. No może nie wszystkie,ale przecież nie o piękno tu chodzi. :P

Dobra, teraz do piekarnika, zimnego. Będą się rozgrzewać razem z piekarnikiem, czyli dorastać, a dopiero potem piec. Wszystko w ciągu pół godziny. Tyle jeszcze wytrzymam. 

Ale zaraz. Bułki kładę na blachę? Bezpośrednio? O nie, nie ze mną te numery. Nie będę potem bułek odrywać siłą, gdy sklajstruja mi się z blachą. Smaruję blachę masłem i posypuję resztką mąki.



Wstawione do piekarnika kulki rosną mi w oczach. Zauroczona siadam przed piekarnikiem i obserwuję jak najlepszy film. Jestem z siebie dumna. Oto wyrasta dzieło moich rąk. 





Po 15 minutach są już pękate i zarumienione. Po dwudziestu są mocno zarumienione, wręcz zmierzają ku przypaleniu, więc wyłączam piekarnik. Kurcze, według przepisu miały się piec pół godziny. A jak są niedopieczone?
Otwieram piekarnik, wyciągam blachę i oto są. 


Ten zapach... szkoda że nie czujecie. Receptory mózgowe odbierając tę woń, zaczynają mi wariować. Głód nasila się do granic wytrzymałości. Biorę cieplutką kajzereczkę, kroję wzdłuż, smaruję masłem, które pod wpływem ciepła delikatnie się rozpuszcza. 

Niebo w gębie. To najlepszy posiłek jaki jadłam ostatnio.
Lepszy od kebaba (napisałam to?) 
Taki niby zwyczajny, prosty, nic wielkiego, zwykła buła z masłem, ale podsycony ogromnym już uczuciem głodu i jeszcze większą satysfakcją z samodzielnego wykonania, smakuje jak danie rangi królewskiej. I nie potrzebuje żadnych dodatków. 

Gdyby nie potrzeba pewnie bym tych bułek nie upiekła. Uznałabym kajzerki za zbyt duże ryzyko kulinarnego niepowodzenia. A jednak się udały. Zresztą gdyby się nie udały, też bym je pochłonęła.:)

Ponieważ był to mój pierwszy raz, zaliczam ich upieczenie do
 #12niecodziennych.  

PS. Odśnieżanie mnie ominęło, co jest dowodem na to, że nie zawsze warto się śpieszyć. Odsnieżyli domownicy po powrocie.
PS.2 Wyprawa po zakupy odbyła się następnego dnia. Oczywiście sankami (bo wciąż nie posiadamy samochodu, a rowerami jeszcze się nie dało), oczywiście z moim Ukochanym (bo z takiej wyprawy po zakupy robimy sobie wypad, przy którym zakupy to tylko dodatek).
PS.3 nawet jeśli wydaje ci się, że nie masz w domu nic do jedzenia, to przy odrobinie kreatywności możesz wyczarować coś z niczego.


Choć pewnie o wiele łatwiej skoczyć do sklepiku za rogiem. Jeśli się go za rogiem ma. ;)

Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony pixabay.com.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz