niedziela, 3 kwietnia 2016

Podsumowanie marca.




No cóż, marzec nie był dla mnie dobrym miesiącem, sporo smutku, stany depresyjne, kłopoty finansowe, niechciane kontakty z ZUS- em.

No właśnie - ZUS. Wizyta w tej instytucji nigdy do przyjemnych nie należy i zazwyczaj jest bardzo stresująca, zwłaszcza kiedy zostaje się wezwanym na przebadanie, bo ZUS podejrzewa cię o udawanie choroby.


Bardzo jednak możliwe, że to mój były zakład pracy postanowił mi zrobić psikusa i wystąpił z wnioskiem o sprawdzenie mnie, w końcu zwolnienie zaczęłam jeszcze będąc pracownikiem, a kilka osób, które mnie ewidentnie nie lubiło, mogło się w takie rzeczy pobawić. Nie wiem i nie dowiem się, ale podejrzenie zostanie.


ZUS

Wizyta w ZUS-ie stresowała mnie bardzo, ale teraz już, kiedy emocje opadły, mogę ją opisać.
Przyznam, że ZUS  był na tyle łaskaw, że zgodził się na przełożenie mojego badania na dzień wcześniej, dzięki temu było mnie komu zawieźć autem i zajęło mi to pół dnia. Autobusem zeszłoby się cały. Tak, tak daleką siedzibę wybrał ZUS. Bo niby to mój rejon z przed reformy województw. 

W ZUS-ie oczekiwało już wielu zaproszonych, a do pokoju zwierzeń obowiązywała kolejka. Godzinę z zaproszenia mogłam sobie wsadzić w... buty. 

Kiedy po jakiejś godzinie oczekiwania nadeszła moja kolej, pani orzecznik musiała udać się w bliżej nieokreślone miejsce.
Może do toalety? W końcu orzecznik też człowiek. Chyba.
Wychodziła, wracała, wychodziła, wracała. Może też się stresuje i odreagowuje w toalecie?

Nie oceniam ludzi po wyglądzie, ale kiedy zobaczyłam tę panią wiedziałam, że nie będzie dobrze.

Pani też nie oceniala po wyglądzie, bo mój wygląd miała w dupie.
A wierzcie mi, że po dwóch dniach intensywnego smarkania i leżenia w łóżku wyglądałam tragicznie. 

Jak już wspomniałam nie wygląd się liczył.
Mój stan zdrowia też się nie liczył.
Ani moje aktualne samopoczucie. 

- Nazwisko!
Podałam, pani wpisała w komputer nawet na mnie nie patrząc.

- Imię!
Jak wyżej.

- Dowód proszę! 
Podałam. 
Pani łaskawie spojrzała czy ja to ja. Chyba mnie rozpoznała, choć ja siebie rano w lustrze poznać nie mogłam.

- Wzrost! 
A w dowodzie nie było? 
No przecież, że tak nie zapytałam. 
- 168 - podałam z bojaźnią czy przypadkiem ostatnio nie zmalałam (bo raczej już nie rosnę) i właśnie nie wprowadzam ZUS-u w błąd.

- Waga!
No sorry, ale ja się nie ważę, nie potrzebuję. Skąd mam wiedzieć?
- 60 kg - chyba zawyżyłam, cholera wsadzą mnie za to.

- Dokumentację medyczną poproszę! 
Że co proszę? A niby skąd? Od lekarza dostałam zwolnienie i receptę, nic więcej. 
- Nie mam. 
- Jak to pani nie ma?! To na jakiej podstawie mam uznać zwolnienie?! 

A co to mnie do cholery obchodzi? Pod wykrywacz kłamstw mnie podłącz babo!
Nie, nie powiedziałam tego, ale emocje były ogromne. 
Jako że pani podniosła ton głosu, rzeklabym nawet,  że na mnie krzyczała, to ja... 
... nie, ja nie krzyczałam, ja się rozpłakałam, bardzo rozpłakałam. 

Pani zdziwiła się bardzo i zaczęła mi się przyglądać. 
A ja wyłam rzewnymi łzami. I nie była to żadna gra aktorska. Wyłam szczerze i miałam wrażenie, że wylewam wszystkie smuty z ostatnich co najmniej dwóch lat.

Zdezorientowana pani, może doktor, a może nie doktor (biały fartuch o niczym nie świadczy) postanowiła mnie zbadać. Osłuchała mnie, co łatwe nie było z uwagi na moje łkanie (weźcie głęboki oddech płacząc) i zmierzyła ciśnienie.

Było książkowe. Zawsze mam takie u lekarza, choć jestem niskociśnieniowcem. Widocznie to jednak był lekarz. Nie przedstawiła się, nie okazała papierów, to skąd miałam wiedzieć czy to nie zwykły pracownik ZUS-u?

Łkałam dalej, kiedy pani chyba doktor tłumaczyła mi, że mam zrobić ksero mojej historii choroby i przy następnym wezwaniu dostarczyć. Pieczątkę przyłożyła, zwolnienie zaakceptowano.

O nie! Następnego spotkania nie będzie - pomyślałam - nigdy więcej!

Na chwilę obecną jestem wolnym człowiekiem, niezależnym od ZUS-u, nasze finanse zostały rozliczone. Żegnaj ZUS-ie.

I żegnaj smutny marcu.

#12niecodziennych

W marcu nie było niecodziennych rzeczy, no chyba, że zaliczę tu wizytę w ZUS-ie.
Jednak niecodzienności z założenia mają być przyjemne. 

Ewentualnie mogę tu uznać moją na nowo odkrytą miłość do suszonych daktyli.
Dlaczego nie pamiętałam przez tyle lat, że są tak pyszne?
Kocham daktyle. Są prawie jak krówki. Tylko zdrowsze. :)

BIEGANIE

Co z moim bieganiem? Wszystko w porządku i w normie.
Czyli ciężko.
Na początku okazało się, że jestem w stanie biec minutę. Sukces wielki, no nie śmiejcie się, bo to naprawdę sukces. Mało tego, potem okazało się, że nawet dwie potrafię przebiec. To już mnie podbudowało. :)

A potem przyszły choroby, depresja, czas przedświąteczny. Kilka treningów opuściłam i kiedy przedostatniego dnia marca wyszłam na bieganie okazało się, że znów ledwo minutę daję radę biec. Oczywiście razy 5 z przerwami na 5-minutowy marsz.
No cóż, trzeba ponieść skutki lenistwa i nieregularności.

Ale wciąż się nie poddaję. :)

Nadszedł kwiecień, będzie cieplej, wiosenniej, święta natchnęły mnie optymistycznie.
Idzie lepsze. :)

Życzę i Wam takiej dobrej energii, która Was poniesie i doda Wam skrzydeł. :-)

BIEGANIE - AKTUALIZACJA

Pierwszy kwietnia - przebiegłam minutę, potem dwie, potem trzy.
Normalnie jakby mnie ktoś odczarował. Daję radę. Hurra!
A jak to prima aprilis?

Drugi kwietnia - no musiałam sprawdzić czy to nie żart.
Nastawiam timer na trzy minuty.
Biegnę.
Biegnę.
Biegnę.
O tempo nie pytajcie, grunt że biegnę. :-P
Słyszę gwizdek, trzy minuty minęło, a ja dalej biegnę. 
I to bez zadyszki!
To się dzieje naprawdę!
Ale jazda!
Wy wiecie jaka to radość jest?
Już nie jestem słoniem biegowym.
Hurra! 

No i taki właśnie musi być kwiecień. 
Pełen sukcesów. :-)

"Kiedy w marcu posucha, kwiecień daje nowego ducha."



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz