wtorek, 22 marca 2016

Czarne marcowe chmury.







Marzec jest dla mnie depresyjny.

Co się wygrzebię z otchłani smutku, to za chwilę znów w nią wpadam.
Można powiedzieć, że to przesilenie wiosenne. Pewnie też.
Ale nie tylko.

Najpierw dobiło mnie wezwanie do ZUS-u. Jako, że jestem na L4, ZUS zapragnął osobistego kontaktu ze mną, w swojej siedzibie, zaprosił mnie więc na salony. No trudno, ZUS każe, pacjent musi, choćby nawet był umierający. Bo ZUS-owi się nie odmawia. Na zaproszeniu widniała konkretna data i godzina z adnotacją, że odmowy nie przyjmuje. Dobra, pojadę, nieważne, że do miasta odległego o 66 km,do którego jeżdżą dwa autobusy dziennie,a najbliższe oddziały mam 17 km od domu. Nie! Przy pomocy dawnego podziału administracyjnego zostałam przydzielona tam i zaproszenie obowiązuje  tylko i wyłącznie tam. Pan każe, sługa musi. 

Drugie wydarzenie, które mnie dobiło to oferta pracy. Ha! Niby fajnie, w końcu robota mi potrzebna. Ale to była taka sama praca, jak ta, którą miałam, z której uciekłam. Tylko w innym miejscu. Pewnie tam by mnie aż tak nie wykorzystywano, ale tak samo beznadziejne pieniądze oferowano,  za to z jeszcze dłuższym dojazdem. No ale wiecie - mieć pracę, a nie mieć pracy. W pierwszej chwili robotę wzięłam, umówiłam się na rozmowę i... nie pojechałam. Bo całą noc poprzedzajacą ten dzień biłam się z myślami. Brać czy nie brać - to było pytanie. Rano stwierdziłam - pierdole, nie jadę (rzadko przeklinam, tu muszę, by oddać moc z jaką walczylam z różnymi doradcami wewnętrznymi). 

Ta walka wewnętrzna tak osłabiła mój organizm,  że następnego dnia powaliła mnie choroba. Silne przeziębienie przykuło mnie na dwa dni do łóżka i zasmarkałam cały świat wokół. 

Trzeciego dnia musiałam wstać, bo ZUS wzywał. 

Wizytę w ZUS-ie może kiedyś opiszę, na razie nie mogę, bo ZUS jest ciągle moim panem i władcą. W każdym razie cudownego uzdrowienia tym razem nie było. Uznano, że jestem chora i moje zwolnienie zaakceptowano. 

Ale to nie był koniec atrakcji. Następnego dnia otrzymałam list.
Zgadnijcie skąd??

Już dawno nikt tyle do mnie nie pisał co ZUS w ostatnich dwóch miesiącach. Oczywiście cała korespondencja listem zwykłym, nawet nie poleconym. O dziwo wszystko docierało. Ja za to odsyłałam listem poleconym, bo w razie czego to ja będę musiała odowodnić terminowość, nie ZUS. 

Co było w tym liście?
ZUS wyjaśnił mi dlaczego załatwienie mojej sprawy, to jest wypłata świadczeń za L4

ULEGNIE OPÓŹNIENIU??!

Bo mój wspaniały zakład pracy nie potrafi przesłać prawidłowych wyliczeń moich zarobków i składek. I trwa postępowanie wyjaśniające (czytaj będą sobie słać pisma).
Optymistyczny wariant wypłaty świadczeń to 15 kwietnia. 

Na zwolnieniu jestem od 28 stycznia i nie dostałam jeszcze za to ani grosza.

A spróbujcie Wy się spóźnić z zapłatą składki do ZUS-u!

Nie wiem po czyjej stronie leży wina, być może to ZUS się czepia wymagając jakichś szczegółowych wyliczeń. Jednak podejrzewam, że winny jest pracownik kadrowy, który błędnie przesłał wyliczenia wraz z moim zwolnieniem.

Tak jak pomylił się wcześniej, gdy:
- wysłał te dokumenty nie do tego ZUS-u co trzeba, w związku z tym krążyły one zanim dotarły do miejsca właściwego.
- błędnie wystawł mi świadectwo pracy, które musiało być prostowane.
( mam nadzieję, że PIT jest ok, bo już go rozliczyłam)

Jednak nawet jeśli jest to wina pracownika kadr, to powiem wam, że wcale się nie dziwię, że popełnia błędy. Bo bardzo możliwe, że jest wykorzystywany i przepracowany. Nie wiem tego na pewno, ale prawdopodobieństwo jest duże.

Tylko co mnie to obchodzi?

To ja zostałam bez środków do życia!!!

Informacja ta rozłożyła mnie na łopatki.
Popadłam w stan, który spokojnie można nazwać depresją.

Kiedy rano otwierałam oczy żałowałam, że zaczynam kolejny dzień.
Z łóżka wyciągał mnie brak kofeiny we krwi, zrobienie sobie kawy motywowało.
A potem z tą kawą, w szlafroku, z byle jak spiętymi włosami, nawet bez umycia zębów siedziałam mniej więcej do południa, gapiąc się w wybrany punkt mieszkania.
Około południa stwierdzałam że jest mi trochę zimno, ubierałam się, wrzucałam cokolwiek na żołądek i szukałam czynności które wyłączą mnie z myślenia o moim życiu. Tu jak najbardziej przydawał się internet. Tylko, że w tym internecie wszyscy mają takie fajne życie. A moje jest do dupy. Po dwóch dniach takiego egzystowania miałam dość nawet internetu.
Trzeciego dnia dopadła mnie kolejna choroba, tym razem grypa żołądkowa. Na szczęście bez wielkich pogoni do toalety, ale samopoczucie miałam kiepskie. Stan podgorączkowy sprawił, że pół dnia przespałam. Kolejne pół jakoś przetrwałam.
Nie chciało mi się nic. Totalnie nic. I czułam potworne zmęczenie i bezsens. Świadomość, że mogę mieć depresję przygnębiała mnie jeszcze bardziej.
Czwartego dnia ten stan utrzymał się jeszcze mniej więcej do południa.

A potem przeszło. Tak po prostu.
I wzięłam się za przedświąteczne porządki.
Na razie jest ok, ale przyznaję, że stan z ostatnich dni bardzo mnie zaniepokoił. Każdy ma gorsze i lepsze dni, jakieś doły, ale tak źle chyba jeszcze ze mną nie było.

Co do finansów, dam sobie radę, nie w takiej czarnej dziurze finansowej bywałam. W kwestii przelewania z pustego w próżne jestem lepsza od biblijnego Salomona. Zawsze dawałam sobie radę, z głodu nie umarłam, komornik mnie jeszcze nie ściga. Całe życie miałam mało kasy, ale dawno nie było tak, żebym nie miała w ogóle. Myślę, że to wywołało u mnie mały szok.

No cóż, życie od czasu do czasu lubi mnie kopnąć w zadek, jakby chciało mi powiedzieć:
"też sobie wymyśliłaś, że bedziesz szczęśliwa, ja ci udowodnię, że nie będziesz".

A ja mu udowodnię, że będę.
Tylko się otrząsnę i pozbieram do kupy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz