poniedziałek, 29 lutego 2016

Podsumowanie lutego.




Luty był dla mnie miesiącem odpoczynku. To czas relaksu i zapominania o moim znienawidzonym miejscu pracy. Czas wysypiania się, życia w stylu slow, na zasadach robię co chcę, nic nie muszę.
Cudowny czas, możecie mi zazdrościć. :D

Bardzo szybko przestawiłam się na taki leniwy tryb życia i żeby nie zgnuśnieć całkowicie, postanowiłam regularnie chodzić. I to zgodnie z planem. O tak , trzymanie się planu bardzo motywuje.  Inna sprawa, ze zostałam zarażona wirusem biegania, o czym pisałam tutaj.


Cały problem jednak polega na tym, że

Ja biegać nie umiem!

Jak można nie umieć biegać? - spytacie.
Można.
Ja nie umiem.

Kiedy już w mojej głowie zapadła decyzja, że jednak biegać będę, wybrałam sobie plan, który zakładał cztery treningi tygodniowo.
W pierwszym tygodniu:
5 minut marszu, 1 minuta biegu
wszystko razy 5.
Łatwizna.

Haha, nie dla mnie.

Po pierwszym treningu okazało się, że minuta biegu to wieczność, a pół minuty biegu, to pół wieczności. Przestałam więc odmierzać czas i podbiegałam tylko wtedy gdy w mojej głowie pojawiały się obrazy wywołujące chęć ucieczki:
dzik - spokojnie, nikt tu nie widział dzików!
byk - przecież byki teraz nie pasą się na łąkach!
pies - może żadnego ujadacza na swej drodze nie spotkam?

Bo poszłam tam gdzie lasy, pola i łąki. A że nigdy w takie miejsca nie chodzę sama, czułam sie nieswojo. Gdyby nie muzyka w uszach, pewnie każdy szelest przyprawiałby mnie o zawał.
Bardziej idąc jak biegnąc wykonałam jednak założenie 30 minutowego treningu.

Po powrocie do domu postanowiłam zmienieć plan treningowy. 
Uznałam, że plan od kanapowca do biegacza będzie lepszy, bo przez pierwsze cztery tygodnie, we wtorki, czwartki i niedziele każe po prostu maszerować.

I właśnie wczoraj minęło cztery tygodnie, odkąd maszeruję. :)

Opuściłam tylko dwa treningi, jeden przez ulewne deszcze, drugi przez złe samopoczucie (nie była to wymówka). W ostatnim tygodniu zrobiłam cztery zamiast trzech, więc prawie się wyrównało. 
I wiecie co? 

Maszerowanie jest świetne. :)

A co z bieganiem?

Dalej nie umiem. Owszem, próbowałam, mimo że w planie tego nie było. No co, kusiło. :)

Nie umiem. Kiedy zaczynam biec, czuję się ciężka jak słoń. A minuta dalej jest wiecznością.
Być może bieganie nie jest dla mnie. Może. Ale tak naprawdę jeszcze tego nie wiem. Dlatego teraz zamierzam wykonać dalszą część planu i zacząć minutowe biegi. Przez kolejny miesiąc będę realizować plan, niezależnie od efektów. 
Cierpliwie, zgodnie z założeniami. Bez oczekiwań.
Bo jak napisano na stronie, z której pobrałam plan.:

"Nie podpalaj się jak młody rekin na widok mięcha (...) pośpiech jest złym doradcą."

Nie oczekuję cudów, ale spróbuję. Mam alternatywę. Jeżeli mi nie wyjdzie z bieganiem, będę chodzić. :)

Co mi dało czterotygodniowe trenowanie chodzenia?

1. wytworzyło nawyk wychodzenia na trening
2. nauczyło, że zimno nie oznacza zimno ;)
3. przyzwyczaiło mój organizm do ruchu fizycznego i do pobierania zwiększonej ilości tlenu :)
4. oswoiłam swoje mięśnie z tym co je czeka
5. odkryłam takie, o których nie wiedziałam, że są ;)
6. dowiedziałam się, że maszerowanie też może boleć
7. odkryłam, że 3 km do przejścia to jest nic i to mnie chyba zaskoczyło najbardziej
8. nauczyłam się chodzić sama, już się nie boję :p
9. odkrywam ciągle coś nowego w lesie
10. mam okazję do fotografowania w lesie
11. widziałam lisa, sarny, jelenia (i nie były to omamy ze zmęczenia) :p
12. na szczęście nie widziałam dzika, ale ostatnio zauważyłam ślady rycia w lesie, co trochę zmienia punkt 8. ;) 

Najważniejsze jednak jest to, że już nie jestem kanapowcem. Teraz jestem piechurem.:D

Nie była to dla mnie codzienność, dlatego marszowe treningi zaliczam do 

#12niecodziennych.

Co jeszcze niecodziennego zrobiłam w lutym?

Paprykarz

Lubicie? Tak, taki jak się kupuje w puszkach, tylko o niebo lepszy i zdrowszy. Podejrzewam, że nie chcecie wiedzieć, co spożywacie w takim zapuszkowanym paprykarzu, więc daję Wam zdrową alternatywę. Wrzucacie wędzoną makrelę, cebulkę, koncentrat i ryż, odpowiednio przyprawiając. I już. Przepis wypróbowała już niejedna osoba, wszyscy mówią to samo : DOBRE! 
Dokładne informacje znajdziecie u Artura. Zajrzyjcie, bo warto. Znajdziecie tam nie tylko ciekawe przepisy, ale jeszcze ciekawsze opowieści o jedzeniu. I nie tylko o jedzeniu . :-)



Muffiny marchewkowe

W ogóle muffiny robiłam pierwszy raz.
Hmm, dobra powiem prawdę. Nie urosły.
Wyszły mi z nich małe ciasteczka o dziwnych właściwościach uzależniajacych. Nie dało się zjeść jednego, od razu zjadłam 6. Kiedy po jakiejś godzinie mój organizm zażądał kolejnej dawki, okazało się, że muffinki zniknęły. W brzuchach domowników. :-) Przepis na te znikające muffiny znajdziecie u Ewy. Uwaga! Ewa robi też świetne kartki. Przepiękne. Nie wierzycie? Są tu. Na różne okazje. Można nawet sobie u niej taką kartkę kupić. I zaproszenia też robi. I różne inne piękne rzeczy. Polecam. :-)






Wygrana w konkursie

O tym pisałam w poprzednim wpisie, wspominam jeszcze raz, bo w końcu codziennie się nagród nie wygrywa. :) "Sekretna herbaciarnia" to książka, którą wygrałam na blogu Przymiotnik. Dam Wam znać jak będzie kolejna edycja Przekazu Książkowego. :)

I jeszcze jedna niecodzienność.

Wprawdzie dotyczy mnie tylko pośrednio, bo chodzi o mojego syna. 

On uratował ludzkie życie
udzielając kobiecie pierwszej pomocy, a ja jestem z niego baaaaardzo dumna. Trochę pisałam o tym tu. Obyśmy wszyscy umieli odpowiednio reagować i by w odpowiedniej chwili nie zbrakło nam odwagi i umiejętności.

W lutym to tyle. Do przeczytania w marcu. :)

"Gdy wiatr ostro w lutym wieje, chłop ma dobrą nadzieję" Baba też. ;)



Więcej o akcji #12niecodziennych tu.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz