sobota, 6 lutego 2016

9 etapów mojego biegania. Z ostrzeżeniem.



Etap 1.

Lekcja wf w liceum, jakieś sto lat temu.
Znienawidzona lekcja, znienawidzony nauczyciel.
Na lekcję przychodził w dżinsach i koszulce, chyba po to żeby z premedytacją pastwić się nad tą żeńską klasą. Zero dobrego przykładu.
Biegniemy dookoła sali - stały tekst.
Pół lekcji biegania jak zwierzę w cyrku, kolejne pół - gry zespołowe, których nie cierpiałam.
Chciałam aerobik, nie było szans, ani w szkole, ani po szkole. Klubów fitness wtedy nie było. 
Dawno dawno temu.
Wiem, też nie mogę w to uwierzyć, ale byłam kiedyś nastolatką.
Nastolatką, która nie cierpiała lekcji wf.


Etap 2.

Bieganie jest proste.
Po prostu, wychodzisz i biegniesz.
Każdy to potrafi.
Wziąć udział w biegu? Wielkie mi co. Każdy może.
Bieg papieski w małym mieście. Dla wszystkich. Bez opłat, bez rejestracji. 
Dla uczczenia pontyfikatu JP II. Po biegu jest ognisko i inne atrakcje.
Biegniemy?
Biegniemy.
Jeśli nie biegasz, spróbuj sobie tak po prostu pobiec. Przecież to łatwe.
Łatwe? Powodzenia.
Bieg ukończyłam. Zawzięłam się i ukończyłam. Marszem.
Kiedy dotarłam na miejsce, wszyscy już kończyli konsumować kiełbasę.
Ja już nie miałam siły jej zjeść.

Etap 3.

Idę rano do pracy, to znaczy do pociągu. 
Jakieś 100 m od stacji słyszę, że nadjeżdża. Cholera, chyba mój. Zdążę? Muszę.
Bieg. Tylko sto metrów. Ale intensywnie.
Pół godziny dochodzę do siebie.
Nigdy więcej! Następnym razem po prostu się spóźnię. 

Znasz to?

Etap 4.

Nie może tak być, że po krótkim lecz intensywnym biegu trzeba mnie prawie reanimować.
Będę biegać.
Tak, to hasło pada jakieś 5 lat temu.
Znajduję sobie towarzystwo do biegania - córkę i jej koleżankę - wysportowane nastolatki.
Ruszamy. Na początku spoko, trochę biegowej konwersacji, lekki trucht. Nie jest źle.
Ale młode dziewczyny potrzebują czegoś więcej. Ruszają z kopyta.
To pa dziewczyny, fajnie się z wami biegało! 
Chyba już nie słyszały.
Wracam do domu. Bieganie jest głupie. Nigdy więcej!
Będę wcześniej wychodzić do pociągu.

Etap 5.

Anno domini 2015.
Zaczynam przygodę z blogowaniem. Najpierw tylko piszę, potem czytam innych. Poznaję nowe blogi.
Jak to się ma do biegania?
Na pierwszy rzut oka nijak. Ale biegacze piszą blogi, a blogerzy biegają. Związek jest.
Oj tam, niech sobie biegają, każdy ma jakiegoś hopla.

Ale uwaga, zdradzę Wam sekret!

Biegacze to kosmici, naładowani jakąś pozytywną energią, która promieniuje. 
Ok. Może i promieniuje na tych, co z biegaczem mają kontakt twarzą w twarz. A skoro żadnego nie znam osobiście, to jestem bezpieczna.  Tak myślałam.

Byłam w błędzie.

Okazało się, że energia ta emitowana jest przez monitor. Nie na darmo mówi się, że sprzęt elektroniczny jest niebezpieczny dla zdrowia i życia. Otumaniona przekazem energetycznym bijącym z blogowych wpisów o bieganiu uwierzyłam, że ja też mogę biegać.

Etap 6.

Nie od razu dałam się omamić, trochę to trwało. Widocznie mam jakiś wewnętrzny system zabezpieczający.

Na początku przyjęłam rolę kibica, wirtualnego kibica. To całkiem przyjemna rola. Czytasz sobie o przygotowaniach, potem trzymasz wirtualne kciuki, na koniec delektujesz się sympatyczną relacją. 
A wszystko to w wygodnym fotelu lub na kanapie. 
Żebym ja wtedy wiedziała, jakie mogą być konsekwencje takiego czytania. 
Jakieś ochraniacze bym założyła przeciwenergetyczne czy coś.
Ale skąd miałam wiedzieć?

Dlatego lojalnie Was teraz ostrzegam!

Nie wchodźcie na blog bwotr.pl

To jest najbardziej promieniujacy blog biegacza jaki znam!

A do tego jeszcze przyciąga czytelnika sposobem.
Taki na przykład wpis: Biegam na złość ZUS.
No kto by nie chciał ZUS-owi zrobić na złość? A tu pomysł podany na tacy. Nic tylko czerpać.

Wchodzę na ten blog. To było jakieś 7 miesięcy temu. 
Nawet ciekawie gość pisze, poczytam.
I co? I zaczęło się. Promieniowanie się uaktywniło. 
Oczywiście nie byłam tego świadoma. Naiwnie myślalam: fajnie się czyta, autor wydaje się sympatyczny, miła lektura. Poczytam trochę.
A kosmiczna energia robiła swoje. 
Czym więcej czytałam, tym bardziej kiełkowała we mnie myśl, że bieganie może być fajne.
Bieganie fajne? Jak można tak myśleć??
Czujecie jak to ogłupia?

Etap 7.

Ale spoko, mądra jestem, szybko tę głupią myśl zdusiłam w zarodku. 
Niech sobie biegają ci, co do biegania są stworzeni. Ja mogę o tym tylko poczytać, mam swoją zumbę i to mi wystarczy.

Widocznie bwotr (a w ogóle patrzcie jaka nazwa "b wotr" - "bardzo łotr", czasami dla zmyłki zwie się Bookworm, że niby taki od czytania) skumał, że jestem odporna na jego przekaz energetyczny i sprowadził pomoc. I to w postaci anielskiej. 

Samego Anioła ściągnął z niebios i to Anioła z tytułami. Jakieś niebianskie uczelnie ten chyba pokończył, bo i magister i inżynier. Podejrzany trochę, bo czasami udaje kapitana i to Kapitana Amerykę. Kosmita jakiś zapewne wezwany do wzmocnienia przekazu energetycznego. 

I co robi ten Anioł? Gościnne wpisy na bwotr.pl. 
O czym? Oczywiście o bieganiu. 
Przekaż nabiera mocy, zwłaszcza, że mgr inż. Anioł chce podbić Paryż . 
Maraton w Paryżu znaczy chce zrobić - 42 km, z hakiem. 
Czujecie? 
I ja mam uwierzyć, że można tyle przebiec? To niemożliwe jest.
I z ciekawości czytam. 
A energia robi swoje.

Etap 8.

Przekaz działa, ale efektów nie ma. 
Niby coś tam obiecuję, że chciałabym, że może kiedyś, może zacznę, ale chyba mało przekonywująca jestem.

I co? Gdzie diabeł nie może tam babę posłać.

I to jaką babę. Najgorszą kusicielkę. 
Pytanie za sto punktów. Kto był pierwszą na świecie i najbardziej skuteczną kusicielką? 
Ewa.

No właśnie - Ewa. 
Jej blog nazywa się PrzygodaYvette
Na Ewę trafiam przypadkiem (a przypadki - wiadomo - występują tylko w gramatyce) . 

Ten blog na pierwszy rzut oka nie ma nic wspólnego z bieganiem. Ewa robi kartki, piękne kartki. Bardzo mi  się podobają. Ewa też gotuje (nie, to nie ta Ewa z tv), robi też niecodzienne rzeczy.
I nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki pojawia się u niej wpis o bieganiu. Wejdźcie i poczytajcie. Tam nawet napisane jest, że to ja ją zaczepiłam, pytając o początki jej biegania. Tak, może i pytałam, ale wtedy byłam już pod wpływem tej dziwnej energii.

Etap 9.

Czujecie tę zmowę?

Słowo Ewy pada na dobrze przygotowany grunt. 
Zaczynam szukać dla siebie biegowego planu treningowego. Energia działa.
Nawet jakiś plan znalazłam, dla początkujących, 4 razy w tygodniu, marszobiegi.
Łatwizna. 
Do pierwszego wyjścia. 
Jeśli to ma być plan dla początkujących, to ja wymiękam.

Ewa chyba czuje, że jej przekaz słabnie, gdzieś  całkiem przypadkiem (przypadkiem?) ponownie rzuca hasło o treningu "od kanapowca do biegacza". Ciekawe skąd wiedziała, że jestem kanapowcem? Też kosmitka jak nic. 

Sprawdzam co to takiego - ten plan.
Na początek mam chodzić. Przez 4 tygodnie. 
Niestety jestem już tak zarażona, że łykam wszystko co ta trójka napisze. 
Grzecznie i potulnie uczę się chodzić, jak małe dziecko. A w zasadzie maszerować. 

Niestety już zdążyłam zauważyć, że maszerowanie też boli (może za mocno maszeruję?)
Ale za to ma wiele aspektów edukacyjnych, bo np.odkrywam mięśnie, o których istnieniu pojęcia nie miałam.

A nie możecie mnie znieczulić za pomocą tego Waszego promieniowania??
Albo jakoś mi usuwać te zakwasy??
Słyszycie??

Nie słyszą. 
Albo biegają, albo szukają kolejnych ofiar. 
Ja już jestem złowiona,  zarażona, niedługo będę taka jak oni.

Ostrzeżenie.

Uwaga!!!
Chcę Was, czytających mnie, lojalnie ostrzec!

Ja też będę zarażać!
Każde wejście na moją stronę będzie poddaniem się  promieniowaniu, tej kosmicznej energii, którą będę przekazywać dalej. 

Jeszcze jestem normalna, ale już mam objawy zarażenia. 
Przykład?
Już uważam, że 3 km do przejścia to jest nic. 
A kilka dni temu była to dla mnie odległość tylko do przejechania autem.  

Na razie odległości połmaratonu i maratonu są dla mnie wciąż niewiarygodne.
Ba nawet 5 i 10 km to wciąż dużo. Bardzo dużo. 
Tak myślę dziś, nie wiem co będzie jutro, pojutrze...
Czy wciąż będę tym samym człowiekiem?

Jestem zarażona. Wirusem biegania. Wirus rozprzestrzenia się tak bardzo, że występuje już zagrożenie epidemiologiczne.
Nie wierzycie?  To popatrzcie ilu dookoła jest biegaczy. 
Taka niby moda na bieganie. Żadna moda. To epidemia jest.

Uważajcie!  Do mnie dotarli przez blogowanie, ale mają też inne kanały przesyłu energii. 
To może być wszystko, nawet facebook, nawet zwykły telefon, telewizor.
Niebezpieczeństwo czyha wszędzie.
Żeby nie było - ostrzegałam.

:)

Wpis ten dedykuję wyżej wymienionym fantastycznym ludziom, którzy naprawdę zarażają mnie swoją pozytywną energią i motywują do podniesienia tyłka z kanapy.
I nie mają nic wspólnego z kosmitami. Chyba. ;) 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz