wtorek, 20 grudnia 2016

Hurtownia podsumowań i co dalej?




Postanowiłam na początku roku, że będę podsumowywać poszczególne miesiące. Miało to być w ramach akcji "12 niecodziennych". Poległam, ale spróbuję to nadrobić hurtowo, zwłaszcza że zbliża się koniec roku, czyli idealny czas na podsumowania. :-)




CZERWIEC

Skończyłam na czerwcu. To wtedy odbył się mój pierwszy i jak na razie ostatni oficjalny bieg. Potem wpadłam w wir nowej pracy. I czasami mam wrażenie że wiruję dalej.
Lipiec i sierpień w tym roku... zaraz, czy te miesiące w ogóle były? Bo jakoś nie zauważyłam. Zwłaszcza lipca. Jeśli ktoś mnie zapyta jakie było lato 2016, powiem - nie wiem, lato mi umknęło.

LIPIEC

Lipiec minął pod hasłem praca. To był drugi miesiąc w nowej pracy, a moje mięśnie wciąż nie były przyzwyczajone do tak dużego wysiłku fizycznego. Przyznam szczerze, że zakladałam wtedy, iż wytrzymam tam tylko do końca wakacji. Na dzień dzisiejszy twierdzę, że nie jest źle, choć są dni,  kiedy dostaję nieźle w kość.

SIERPIEŃ

W sierpniu postanowiłam przypomnieć sobie, czy potrafię jeszcze biegać. Pięć kilometrów zrobiłam lekko, oczywiście biegomarszem, ze wskazaniem na bieg. Zdziwiło mnie, że poszło tak łatwo i jednocześnie ucieszyło, że biegania się nie zapomina. I od tamtej pory żyję w przekonaniu, że wciąż biegać umiem i... nie biegam. Trochę z przepracowania, trochę z lenistwa. Jeśli jednak widok ludzików niosących białe worki z napisem "PZU maraton" wywołał we mnie poruszenie, poczucie jedności, zazdrości i przynależności, to znaczy, że wciąż jestem biegaczem. W końcu zostałam zarażona wirusem biegowym. :)

W sierpniu odwiedziłam "Gniazdo piratów". To kolejna po "Czarnej perle" i "Korsarzu" tawerna warszawska, w której udało mi się być. Lubię takie klimaty, bardzo lubię szanty. Nie byłyśmy tam na koncercie, tylko na piwku z frytką, ale na chwilę obecną poluję na koncert Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego. Szanty, Okudżawa, twórczość własna. Po prostu kocham gitarę i ich śpiew na głosy. No właśnie, muszę sprawdzić kiedy grają i gdzie.


                                         





W sierpniu wybrałam się do kina. Niby nic niezwykłego, ale niecodziennym jest fakt, że poszłam tam sama. Wybrałam małe kino Wisła w Warszawie i to był bardzo dobra decyzja. Nie lubię tych molochów w galeriach handlowych. Niewielkie kino, super klimat, wygodne fotele, promocyjna cena 16 zł. Jaki film? "Boska Florence". Dlaczego ten? Z uwagi na aktorów grających główne role Meryl Streep, Hugh Grant, no i ten którego nie znałam - Simon Helberg. Tak naprawdę to on był boski. :) Fabuła taka sobie, ale pośmialam się, w pewnym momencie wzruszyłam (do łez), czyli film spełnił wszystkie funkcje jakie powinien spełniać komediodramat.
Poza tym to film o realizowaniu marzeń mimo przeszkód. :)






WRZESIEŃ

Wrzesień był rowerowy. Haha, raptem kilka wypadów, ale dobre i to. Zwłaszcza że pierwszy wypad był nad rzekę. Kocyk, ognisko, kiełbaski, piwko, rozmowy. Spędziliśmy fajny dzień tylko we dwoje. Ja i mój Mężczyzna. Fantastyczny chillout. Następnego dnia żądni wrażeń rowerowych, ruszyliśmy w dłuższą trasę, do miejsca, gdzie zaraz po ślubie mieszkali moi rodzice, czyli miejsca gdzie prawdopodobnie zostałam poczęta. :) Trochę pobłądziliśmy w poszukiwaniu dojścia do tamtejszej rzeki, więc wyszło nam jakieś 40 km. Jak dla mnie sporo. 

A skoro już o rowerze. To niestety obecnie mój jedyny pojazd. Auto, które miałam  poszło na złom. 30 września wykonało ostatni kurs do Warszawy, na szczęście jeszcze z niej wróciło.:-)
7 października zostało zezłomowane. Nie warto już było inwestować w naprawę. Nowego autka na razie nie będzie, bo walczę o wolność finansową. Nawet mam pierwszy sukces - spłaciłam i zamknęłam kartę kredytową. A teraz spłacam debet, zaciskając pasa gdzie się da. Na szczęście rower jest tani w użytkowaniu. 
Jesteśmy więc ekonomiczni, ekologiczni, trendi i stylowi. Tak sobie tłumaczę, gdy brakuje mi auta.
Edit.
Nie brakuje mi auta. Serio. :-) Nawet wtedy, gdy w deszczu wiozę siaty na rowerze, po błocie. Trochę wtedy bluźnię pod nosem, ale powietrze i endorfiny wynikające z ruchu robią swoje. 
Lubię to. :-)

PAŹDZIERNIK

Jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami. Zaraz po tym jak padło auto, padła też kuchenka. Fakt, że starowinka się wysłużyła. W sumie nienajgorszy moment sobie wybrała, bo była kasa za auto. Stałam się więc nagle szczęśliwą posiadaczką kuchenki... uwaga!... z piekarnikiem! Będę piec. Ciastka, ciasta, pizze, tarty, zapiekanki, mięsa, czego dusza zapragnie. Będę kucharą pełną gębą. Tak przez chwilę myślałam. Piekarnika użyłam jak na razie kilka razy. Taaa, czasami człowiek sobie myśli, że jakby miał to czy tamto, zrobił to i owo, to jego życie nagle się odmieni. Yhy. Akurat. 

To jednak nie koniec październikowych nieszczęść. Kolejne siedziało w piwnicy. Siedziało, piszczało i trzęsło się. No jak tu nie przygarnąć, no jak? Koteczek, właściwie koteczka, jak się potem okazało z charrrakterrrrem. Wrrr... Na początku była grzeczna i o dziwo od razu załatwiała się do kuwetki. Ale po kilku dniach zaczęła ze mną walkę o władzę. Drapała mnie, gryzła, a na koniec z premedytacją zaczęła się załatwiać na pościel. I to po mojej stronie łóżka. Na początku pomyślałam - zdarzyło się, może nie zdążyła do kuwetki. Ale kiedy patrząc mi prosto w oczyz robiła kupę na mojej dopiero co zmienionej, bo zasikanej wcześniej przez nią pościeli, podałam się. Kotka trafiła do ludzi, którzy są posiadaczami kilku kotów i dużej do  nich cierpliwości. 
Ja dzięki temu doświadczeniu zrozumiałam jedno -  jedyne czego obecnie potrzebuję, to święty spokój, gdy wracam do domu. Nie kot.  

LISTOPAD

Listopad to zmiany rodzinne, przeprowadzki i wprowadzki. Po roku wróciła z Olsztyna moja córka. Nie będę pisać dlaczego, bo to jej prywatne sprawy, ale na razie mieszka ze mną. Jednak nie ma jak u mamy. :-) Natomiast z domu wyprowadziła się moja mama. Nie, nie miała mnie dość (chociaż kto wie?) ;), mieszka teraz u mojej siostry, opiekuje się jej maluszkiem, bo siostra wróciła do pracy. Mama jest specjalistką od gotowania pyszności, więc skończyły się dobre poczęstunki. Ciekawe dlaczego nie odziedziczyłam po niej talentu do gotowania? :)

W listopadzie obejrzałam w końcu "Planetę singli". Hmmm, jakoś mnie nie zachwycił ten film. Chyba za dużo po nim oczekiwałam, po tych wszystkich ochach i achach. Ale dało się obejrzeć. Jakby jednak ktoś pytał, wolę "Listy do M". :) Oczywiście na piosence się popłakałam, może dlatgo że ją lubię, a może dlatego że mam oczy w mokrym miejscu. :)



GRUDZIEŃ

Grudzień niedawno się zaczął a już jest po połowie. Za chwilę święta. Nie czuję ich klimatu w ogóle. Nie czuję tych wszystkich tradycji, ubierania choinek, strojenia mieszkań, kupowania prezentów, których na szczęście kupować nie muszę, świątecznego gotowania. Czyżbym nie lubiła Bożego Narodzenia? Nie wiem, może mi się znudziła ta cała otoczka i magia świąt. A może dopiero ją poczuję? Na razie bardziej nastawiam się na przeżycia duchowe. I kolędy bardzo lubię. Co się naśpiewam to moje. :)

W grudniu pierwszy raz w życiu zrobiłam coś co nazywa się falafel, a powstaje z kuleczek zwanych ciecierzycą lub cieciorką. Potrawa została w domu uznana za smaczną. :) Ciekawe że kiedyś jadłam falafel w kebabie, zamiast mięsa. Wtedy mnie nie oczarował. Widocznie zrobiłam lepszy. :-)

ROK

Kończy się ten rok. Nie był zły. Przede wszystkim zmieniłam pracę, która mnie dobijała psychicznie i finansowo. Zrozumiałam że zmiana pracy wcale nie jest taka straszna, jak mi się wydawało i że nie warto na siłę tkwić tam gdzie jest źle. 

No i nauczyłam się biegać. To nie jest temat zakończony. Jeszcze będzie się działo. :-) 

Niestety poległam w czytelnictwie. Na całego. Książki które przeczytałam w tym roku można policzyć na palcach. Niedobrze. Kajam się i wstydzę. 

Powoli staję na nogi finansowo, nie zarabiam kokosów, więc to proces dość wolny, ale małymi kroczkami dojdę do celu. Kolejny rok będzie jeszcze lepszy, choć pewnie zwatpię w to sto tysięcy razy. :-)

No i wciąż jeszcze bloguję. :-) Tu również sto tysięcy razy dopadło mnie zwątpienie czy to ma sens. Stąd cisza na blogu od długiego czasu. Naprawdę już kilka razy chciałam zawiesić bloga (na kliknięcie usuń nie miałam odwagi). Ciągle zadaję sobie pytanie -  po co mi blog? Owszem, poznałam w blogosferze fantastycznych ludzi, ale do tego nie trzeba mieć bloga, wystarczy konto na fejsie i disqusie i bywanie na innych blogach i fanpejdżach. 
Że lubię pisać? Tak, ale ostatnio nie mam na to ani czasu, ani chęci. Ten stan trwa już dość długo, więc nie wiem czy jest szansa, że coś się odmieni. 
Pytanie o sens blogowania pozostawiam więc otwarte...myślę, że jakieś decyzje dotyczące bloga zapadną pod koniec roku... a może z jego początkiem... 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz