poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Ciężkie dni.





Każdy człowiek miewa ciężkie dni, ale kobiety są w tym wyróżnione szczególnie, bo dni zwane ciężkimi mają mniej lub bardziej regularnie co miesiąc. Kiedy ten czas nadchodzi, z góry wiadomo, że łatwo nie będzie. Cokolwiek się nie wydarzy, taki dzień skazany jest na klęskę, z powodu kiepskiego samopoczucia psycho-fizycznego. Uważam, że każda kobieta powinna w tym czasie mieć dodatkowy, płatny urlop, przynajmniej ze dwa dni. Pewnie finanse firm runęłyby z tego powodu, więc zostawmy to na razie w sferze marzeń. A może jakiś program rządowy "200 plus"? Tak po stówce na dzień. :-P Dobra wiem, przegięłam. Poproszę w te dni urlop bezpłatny - chociaż tyle. I czekoladę gratis. :)

Niektórzy twierdzą, że miesiączka to nie choroba.
Serio? Bóle mięśni, bóle brzucha, bóle głowy, totalne osłabienie, krwawi ciało, krwawi dusza. Mało? No który facet by to zniósł co miesiąc?? Tu apeluję do wszystkich panów - bądźcie wyrozumiali dla kobiet w te dni. I przed tymi dniami też. :-P  To tak przy okazji, bo tak naprawdę  nie o tym chciałam. 

Zaczynasz dzień, który wiesz, że będzie ciężki, z uwagi na twoją comiesieczną przypadłość. Starasz się jednak do tematu podejść optymistycznie, w końcu masz wprawę, to nie jest twój pierwszy raz. Przetrwasz, jak zawsze. 

Rano nie jest źle, nic cię jeszcze nie boli, do pracy masz podwózkę autem, nie musisz turlać się pociągiem. Na ulicach Warszawy pusto i całkiem przyjemnie. Jest niedziela, wcześnie rano, miasto jeszcze śpi. Sam fakt, że musisz pracować w niedzielę mógłby doprowadzić cię do szewskiej pasji, ale świadomość wolnego poniedziałku sprawia, że mimo wszystko masz na twarzy banana. Osiem godzin (może nawet siedem) szybko minie i kawał niedzieli z perspektywą wolnego poniedziałku masz do dyspozycji. 

Przechodząc obok ulubionej piekarni, przypominasz sobie smak pysznego rogalika z czekoladą, który często tu kupujesz. Myśl o nim sprawia, że zaczynasz odczuwać wzmożoną potrzebę spożycia czekolady, potrzebę tak silną, że aż boli. Czy tak się czuje nałogowiec na głodzie? Ze smutkiem pomieszanym ze złością, patrzysz na napis "zamknięte" widniejący na drzwiach sklepu. O tej porze w niedzielę wszystko jest zamknięte. Dobrze że masz w torebce kajzerkę z dżemem. Lepsza byłaby z nutellą, ale nutellę wyżarłaś dzień wcześniej. Może organizm da się oszukać dżemem. 

Do pracy docierasz o czasie, współpracownicy mają dobre humory, mimo pracy w niedzielę. Raport czynności na dziś wygląda całkiem przyzwoicie, umiarkowana ilość pracy, nie będzie źle. Kajzerka z dżemem zaspokaja twoją chcicę na słodycze, do tego słodka kawa i jest ok. Zaczynasz pracę. Tak mniej więcej do południa idzie dobrze. A potem wszystko zaczyna się walić. 

Goście hotelowi nie mają ochoty wyjeżdżać (nie dziwię się, też chętnie bym się wylegiwała w niedzielę), następni chcą przyjeżdżać, w zasadzie to już czekają (tak jakoś niechcący przylecieliśmy wcześniej), a że gość nasz pan, traktowany jest tu bardzo indywidualnie, dwoisz się i troisz, by nie musiał za długo czekać. W zasadzie wszystkie pokoje potrzebne są na już. Gość wychodzi, gość wchodzi. Wprowadzamy więc stan wyjątkowy, w przygotowaniach pokoi pomaga kto może, recepcja też. Wchodzisz do apartamentu, na który goście już oczekują w recepcji, a tu... stan poimprezowy po poprzednikach. Jak wygląda stan poimprezowy chyba wiesz, więc szczegołów zdradzać nie muszę. Sprzątałaś kiedyś mieszkanie po dobrej imprezie w 10 minut? Nie, nie tak ogólnie. Mówię o doprowadzeniu mieszkania do perfekcji. Chodakowska niech się schowa ze swoim treningiem. Pot leje się po dupie. Pot, krew i łzy. No dobra, bez łez. A gdy takich pokoi zrobisz kilka, czujesz się jakbyś przebiegła maraton. W tym momencie tabletka przeciwbólowa z napisem forte ratuje ci życie. 

Patrzysz na zegarek. Piętnasta? Ale jak to?? Z dwunastej nagle zrobiła się się piętnasta? Czujesz, że jesteś w czarnej du.. dziurze. Próbujesz przyspieszyć, żeby jeszcze choć odrobinę tej niedzieli uszczknąć dla siebie i zapewnić organizmowi odpoczynek należny dla jego stanu. Może jakbyś wywiesiła tabliczkę "mam okres, dajcie mi święty spokój" ktoś by się zlitował. Niestety goście jakby jakiś pakt zawarli przeciw tobie.
W tak zwanym międzyczasie:
- pomagasz jednemu z gości szukać pilota od tv, bo mu się zapodział,
- pokazujesz pani jak odkręcić korek, żeby woda z wanny spłynęła,
- kolejnej osobie zanosisz żelazko i deskę,
- nastepnej lód, bo przecież musi schłodzić wino,
- pan prosi o wyłączenie klimatyzacji i otwarcie okna, bo mu za zimno,
- pani prosi o włączenie sauny. 
Wszyscy proszą z uśmiechem i pięknie dziękują (obcokrajowcy, bo Polacy nie zawsze), więc ty też odwdzięczasz się sympatycznym bananem na twarzy. Senkju, hewenajsdej. 

I tak sobie biegasz między piętrami, błogosławiąc w duchu, że jest ich tylko 6, bo do windy wchodzić nie możesz, jeśli windą jedzie gość, nawet jeśli cię do tej windy uprzejmie zaprasza. Regulamin zabrania. Na pocieszenie wmawiasz sobie, że masz solidny trening. A trening w twoim stanie to już podchodzi pod bohaterstwo. Czujesz się jak super women. 

Koniec pracy. Siedemnasta. Tak, twoje myślenie, że skończysz o piętnastej było bardzo naiwne. Masz dość. Nawet bohaterom kończy się kiedyś bateria.

W metrze czujesz, że robi ci się słabo. No tak, nic nie jadłaś oprócz tej kajzerki z dżemem. Do tego organizm przypomina ci o twoim wyjątkowym kobiecym stanie. Zaczynasz marzyć o tym, żeby wziąć prysznic i położyć się do łóżka. Choć nie. W tej chwili do szczęścia potrzebujesz tylko pociągu, w którym usiądziesz i który bez opóźnień dowiezie cię do domu. Oby. 

Kra kra kra... kto kracze ten wykracze. 

Już na dworcu dowiadujesz się, że twój pociąg przybędzie z opóźnieniem około piętnastu minut, po czym pada znienawidzona przez wszystkich pasażerów formuła "opóźnienie może ulec zmianie". Świetnie - ironizujesz w myślach. 

Ale bez paniki. Przynajmniej na spokojnie korzystasz z toalety na dworcu (zawsze to lepsze niż w pociagu), nabywasz bilet, bez stresu że nie zdążysz, a potem kupujesz sobie coś do jedzenia. W kiosku. Bo wszystko wkoło zamknięte. To coś to prażynki ziemniaczane, które znasz jeszcze z dzieciństwa, sama chemia, ale budzi wspomnienia i zapycha żołądek. Po piętnastu minutach pociąg nadjeżdża. Sukces. Opóźnienie nie uległo zmianie. Ładujesz się do środka i delektujesz szczęściem. Jest wygodnie, pusto (rozwalasz się na siedzeniu), pociąg klimatyzowany (ale masz farta). Zanim zapadniesz ze zmęczenia w drzemkę, przeglądasz fejsbunia i internet, doceniając mocno fakt, że takowy w pociągu posiadasz (wifi kolejowe wciąż nie działa), bo rok temu jedyną  dla ciebie dostępną tu rozrywką była książka. Ile to się wtedy czytało - myślisz sobie, po czym twoje myśli zaczynają błądzić po różnych rejonach mózgu, budząc wspomnienia o trzygodzinnym podróżowaniu do pracy w ubiegłym roku, w czasie remontów. Zaczynasz odczuwać senność. Zanim zamkną ci się powieki, zerkasz za okno. Oho.. niezła nawałnica nadciąga. Oby nie podążała za nami - myślisz i błogo zasypiasz. 

Nagle jak grom z jasnego nieba pada okrzyk:
Przesiadamy się!!!

Co?? Jak?? Gdzie?? Po co??

- Do autobusu - informuje konduktor - sieć trakcyjna została zerwana, pociąg dalej nie pojedzie. 

Za jakie grzechy? - myślisz sobie wychodząc z pociągu. Po peronie, po piachu (bo niektóre stacje są ciągle w budowie) lecisz na pekaes zastępczy. Grunt że nie pada. O! To nie wiejski pekaes, to całkiem miastowy przegubowiec, taki najgorszego sortu, co to po mieście wstyd już nim jeździć.
W duchu obiecujesz sobie że nie będziesz przeklinać, o ile zaraz ruszy i nie będzie kolejnego opóźnienia. Rusza, więc nie przeklinasz, nawet wtedy gdy na dołach prawie że wyskakujesz z siedzenia, bo tak trzęsie i rzuca. No dobra, może jedno kurwa mać w myślach ci się wyrywa, ale przecież nikt nie słyszy. Zerkasz w okno. W przeciwnym kierunku pomyka taki sam autobus, a w środku... ludzie ugnieceni jedno przy drugim jak sardynki w puszce. No tak. Masowe powroty z weekendu. Przestajesz narzekać, ty siedzisz i masz całkiem luźno. Trzymasz się mocno poręczy, więc katapulta ci nie grozi. Jest dobrze. Dowożą cię do celu. 

Jeszcze spacerek po stacji przesiadkowej. To duża stacja, z długimi peronami, więc trochę do przejścia jest. Docierasz człapiąc noga za nogą do swojego pociągu. Już tylko pół godziny jazdy dzieli cię od celu. Pociąg rusza i mknie,  jakby chciał nadrobić spóźnienie. No niech tak nie pędzi, bo nie zdąży się zatrzymać. Zatrzymuje się. I nawet drzwi się otwierają bez problemu, co nie zawsze jest takie oczywiste. 

Teraz pozostaje ci już tylko domaszerować kilometr. Bliskość domu dodaje ci energii. Włącza ci się optymizm. Twoje nogi dają radę, twoje ciało nie umarło, burza poszła sobie bokiem i nie zmoczy ci tyłka. Zaraz się spotkasz z twoim ulubionym łóżeczkiem. Pełnia szczęścia. W zasadzie to już zaczynasz zapominać, że dzień był ciężki.

Wchodzisz do domu, jest 20.30. Nikogo nie ma, cisza, spokój. W tej ciszy słyszysz jak burczy ci w brzuchu, żołądek upomina się o swoje dzienne zapotrzebowanie żywnościowe, którego mu poskąpiłaś. Wciągasz pęto kiełbasy i pajdę chleba, bo na przygotowanie czegoś sensownego nie masz siły. I kiedy chcesz napić się ciepłej herbaty, przypominasz sobie, że rano skończył ci się gaz. Może czas kupić czajnik elektryczny? Popijasz posiłek wodą z kranu. Jeszcze tylko toaleta wieczorna...no tak, woda jest zimna. Na tak zwany dzień dziecka, czyli odpuszczenie sobie mycia, nie możesz sobie pozwolić w twoim stanie. Myjesz się w zimnej, szczękając zębami na pół wsi i wmawiając sobie, że właśnie się hartujesz. W sumie nie wiesz czy mycie w zimnej wodzie naprawdę hartuje, ale zapewne każdy tak ciężki dzień hartuje twój charakter. Jeszcze trochę i będzie stalowy. No ale w końcu bycie super women zobowiązuje, musi być ciężko, żeby mogło być bohatersko. Dziś jednak czujesz ulgę, że hartowanie charakteru dobiega końca. 

Łóżko. Kochasz je miłością dozgonną. W jego otulinie zasypiasz w trzy sekundy. Twój ciężki dzień się skończył.

A jutro... może będzie lepiej?




"Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz