poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wolność.




Jestem w stanie wojny. Nie, z nikim się nie kłócę. Po prostu od czasu do czasu walczę z jakąś swoją słabością, upadam, powstaję i znów walczę. Że taka waleczna jestem? Nie bardzo. Ale chcę żeby było mi w życiu lepiej. 

Tym razem jestem na wojnie finansowej i marzę o wolności właśnie w kwestii finansów. 
A skoro już o wolności mowa...garść wspomnień... :)


Pierwszy raz poczułam się wolna po ukończeniu szkoły średniej i zdaniu matury. 
To było jeszcze w czasach, kiedy uczeń nie miał nic do powiedzenia i musiał grzecznie wykonywać polecenia nauczyciela. Przynajmniej tak było w mojej szkole. Każda pyskówka mogła grozić naganą, a nawet skreśleniem z listy uczniów. 

Kiedy szedł dyrektor, trzeba było wstać i ładnie powiedzieć "dzień dobry". Do uczennicy (szkoła żeńska), która nie podniosła się (nie to że z premedytacją, np.była zaczytana) dyrektor podchodził z zapytaniem "czy pani ma lumbago?". A potem następował wykład o braku kultury osobistej u delikwentki. 
Nauczycielka od matmy wywalała z klasy za każdym razem, gdy u którejś zauważyła najdelikatnieszy bądź makijaż lub pomalowane paznokcie. Ale fakt, matmę tłumaczyła bardzo dobrze. 
Profesorka od geografii twierdziła że jesteśmy debilkami lub idiotkami, za każdym razem gdy zadała  pytanie, na które nikt z klasy nie umiał odpowiedzieć. 
Nauczyciel od fortepianu wrzeszczał okropnie, kiedy nie szło nam granie. Byłam dobra, więc na mnie się nie darł, ale dziewczyny bały się chodzić na zajęcia. 
Kiedy polonistka wchodziła do klasy, nasze oczy pilnie wpatrywały się w jej minę, a uszy oczekiwały pierwszego zdania, żeby po nim już ocenić jaki pani profesor  ma dziś humor i czy będzie pogrom. Jako nasza wychowawczyni z góry nam zapowiedziała, że nie ma zamiaru nam matkować i wysłuchiwać naszych problemów. 

Byli też pedagodzy w porządku, ale kilka dziwnych osobowości nauczycielskich sprawiło, że ukończenie szkoły sprawiło mi ogromną ulgę. I trochę też wpłynęło na moją decyzję o dalszym kształceniu, a właściwie o braku kształcenia (choć nie powiem, kwestie finansowe też tu były istotne). Miałam dość. Chciałam być wolna.

I byłam. Przez kilka lat. 

A potem związałam się z alkoholikiem. I stałam się osobą współuzależnioną. Może kiedyś naskrobię post o tym, jak się żyje z alkoholikiem, dziś wspomnę tylko, że już wtedy zaczęły się u mnie problemy finansowe. 

Po dwunastu latach wspólnego życia postanowiłam przerwać związek, który tak naprawdę nie grał od początku. Właściwie postanowiłam to dużo wcześniej, potem nastapiły wydarzenia typu - odejścia, powroty, dawanie szans. Moje poczucie misji pod tytułem "zmienię go" nie zadziałało. Cierpliwość się skończyła. I nasze małżeństwo też. Nie było łatwo, było wręcz bardzo ciężko. Rozwód nie jest fajną przygodą, jest obrzydliwym praniem rodzinnych brudów. Generalnie nie polecam, ale czasami po prostu nie ma wyjścia. 

Zostałam sama z dwójką dzieci i kredytem. Ale za to wolna. Szczęśliwie wolna.

W miedzyczasie zdobyłam pracę, w której dość szybko dostałam umowę o pracę na czas nieokreślony. W budżetówce. Tak bardzo potrzebowałam wtedy stabilizacji, że praca ta, mimo że za najniższą krajową, wydała mi się wielkim szczęściem. Łatwiej jest spłacać kredyt, jeśli co miesiąc ma się stałą kwotę do dyspozycji. Łatwiej jest żyć, kiedy ma się jakiś stały, przewidywalny punkt zaczepienia, stałe dni wolne, prawo do urlopu, do socjalu, czasami premii. Łatwiej jest, kiedy nie wisi nad człowiekiem widmo zwolnienia, niepewności o jutro. Zwłaszcza jeśli wcześniej miało się śmieciowe umowy i było się tym którego zwalniają, nie tym który rezygnuje sam.

Wreszcie było tak jak powinno być. Stała praca, nawet ciekawa, ludzie w porządku, kierownictwo i szefostwo też. Był jeden mały minus - małe zarobki. Na początku nie było źle - dobry socjal, wysokie premie. Tak mniej więcej do pięciu lat było ok. Potem zaczęło się psuć. Lawinowo. 

Coraz mniejsze pieniądze. A coraz większe dzieci i coraz większe ich potrzeby. Tatuś się nie poczuwał, alimentów nie płacił. Trzeba było znów skorzystać z kredytów. Na życie, nie na zachcianki.

Potem coraz gorsza atmosfera w pracy, coraz więcej obowiązków, coraz większe pretensje, że obowiązki niewykonane, coraz więcej niepłatnych nadgodzin, coraz większa rotacja wśród współpracowników. Ludzie przychodzili i szybko uciekali. Ja tkwiłam.

Bo przecież stała praca, bo nie jest łatwo znaleźć pracę, bo jestem za stara, bo jestem za głupia, bo nic nie umiem, bo jak to będzie gdy...bo, bo, bo...
Tak, trzeba mi bardzo dopiec, żebym opuściła swoją tak zwaną strefę komfortu, tak mocno się trzymam tego co jest mi znajome. Ale tu też cierpliwość się skończyła. Po 10 prawie latach pracy złożyłam wypowiedzenie. 

I stałam się wolna po raz kolejny. 

A przy okazji zmieniłam podejście do pracy. Nie potrzebuję już stałej umowy, nie potrzebuję stałej pracy, zasiedzenie się w jednym miejscu jest niezdrowe, no chyba ze jest to naprawdę satysfakcjonujące miejsce. Chcę robić jeszcze w życiu wiele rzeczy, chcę próbować, poznawać. 
Nie warto trzymać się kurczowo czegoś, co nas powoli niszczy i zabija. Pracę zawsze można zmienić. Trzeba być tylko otwartym na nowe i za dużo nie rozmyślać i nie przewidywać, zwłaszcza jeśli są to czarne scenariusze. 

W obecnej pracy nie popracuję długo, bo jest za bardzo obciążająca fizycznie. Ale dzięki niej wychodzę powoli z dołka finansowego. Bo moim celem jest właśnie wolność finansowa. Banki chętnie dawały mi kredyty, bo miałam stałą umowę i czystą historię kredytową. Tylko zawsze pracownik banku się dziwił - jak pani żyje za takie pieniądze? Nawet ostatnio proponowano mi konsolidację kredytów i dodatkową gotówkę, mimo że pracuję teraz na umowę zlecenie. Oczywiście na preferencyjnych warunkach. Odmówiłam, choć potrzeb mam wiele np. rozsypujący się samochód. Nie chcę kolejnego kredytu.  Chcę finansowej wolności. Chcę osiągnąć taki stan, kiedy nie mam żadnych zobowiązań finansowych w bankach, zawsze wystarcza mi od wypłaty do wypłaty, mam jakieś oszczędności,  jakiś fundusz awaryjny.

Nie chcę dużo. Nie potrzebuję luksusów. Nie jestem do nich przyzwyczajona, poza tym coraz bliższa jest mi idea minimalizmu.
Chcę po prostu spokojnie żyć. :)

A o tym jak walczę na ścieżce finansowej jeszcze napiszę. :-)



                                    


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz