środa, 31 maja 2017

12 niecodziennych w wiosennej pigułce.




Marzec. Kwiecień. Maj.

Jestem ostatnio bardzo zabiegana. Zaczął się sezon działkowy i na mojej dużej działce jest co robić. Oczywiście nie działam sama, bo z resztą domowników, ale ponieważ jestem babą ze wsi ;), często łapię się za zajęcia, zwane typowo męskimi. Nie boję się kosiarki, taczki, siekiery itp. :)

Około siedemnastu dni w miesiącu pracuję od świtu do nocy. Są to tak zwane dni wycięte z życiorysu. Jedynie w podróży pociągiem do pracy lub z pracy, mogę przeglądać internety. 
O ile nie śpię. :-P 

Brakuje mi czasu. W miesiącu mam około trzynastu dni, które mogę przeznaczyć na dom, działkę, siebie, rodzinę, znajomych, blogowanie i całą resztę. Nie mam kiedy produkować podsumowań miesięcznych. Zrobiłam więc kwartalne. :-)

Co niecodziennego wydarzyło się w tych wiosennych miesiącach?


W marcu wymieniliśmy bojler, bez zapożyczania się, co dla mnie jest ogromnym sukcesem. Walka o moją wolność finansową (bez kredytów) wciąż trwa i idzie mi całkiem dobrze. Funduszu awaryjnego i poduszki finansowej jeszcze nie mam, ale lada dzień zamknę debet i wtedy rozpocznę proces odkładania na czarną godzinę. :)

W marcu świat się dla mnie zatrzymał. Mój Mążczyzna wylądował w szpitalu z silnym bólem niewiadomego pochodzenia. Pisałam już o tym tu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a związana z tym wydarzeniem niecodzienność to:

JAZDA SAMOCHODEM ZA KIEROWNICĄ

Przymusowa, bo do oddalonego o 30km szpitala. Nie lubię jeździć samochodem. Po jego zakupie wykonałam kilka jazd próbnych i na tym się skończyło. U nas zazwyczaj kierowcą jest M. W tamte dni to ja musiałam przejąć tę fuchę. Dałam radę, ale to nie znaczy że jeżdżę. Nie lubię i już. Każde więc poruszanie się autem za kółkiem, mogę uznać za niecodzienność. ;)
Chce ktoś moje prawo jazdy? ;)

KINO 

Druga niecodzienność to kino, tym razem o charakterze religijnym. Zazwyczaj do kina chodzi się na komedie, dramaty, thrillery, sensację, horrory itp. Było więc niecodziennie. :)

Pierwszy film to "Chata". Trochę religijny, trochę baśniowy, o wybaczaniu, o pogodzeniu się z utratą bliskiej osoby i przede wszystkim o tym, że Bóg to przyjaciel.
Przyznam, że ja tak właśnie pojmuję wiarę. Mój Bóg to zawsze kochający przyjaciel, kochający każdego, kto kochać się pozwoli.
Do kina poszłam razem z M, co też nie jest taką codziennością, bo ostatnio zazwyczaj chodzę sama.
Film polecam.


Kolejnym razem wybór padł na dokument. Przyznam, że nie zdarzyło mi się jeszcze być w kinie na filmie dokumentalnym.
"Teraz i w godzinę śmierci" to produkcja o sile modlitwy różańcowej w walce o wolność, pokój oraz w każdej ważnej  sprawie. Dokument ciekawy i dający do myślenia. Raczej dla osób wierzących, ale chyba nie tylko. 95 minut minęło nie wiadomo kiedy.
Ogólnie polecam.



KSIĄŻKA

Pierwsza przeczytana w tym roku. Tak, wiem, to wstyd, że tylko jedna. Moje pół godziny czytania dziennie nie zawsze mi wychodzi, z uwagi na nadmiar zajęć.
Druga jest przeczytana w połowie. Nie poddaję się. :-)



KUMPIR i HUMMUS

Czyli niecodzienne żarcie.
Kumpir to nazwa knajpki, w której często spożywam kebab. Ale w menu istnieje też potrawa o takiej właśnie nazwie.
Co to jest kumpir?
Duży ziemniak zapiekany z masłem i serem. Ponieważ nie miałam pewności, czy się nim najem, jako miłośniczka kebabów, poprosiłam o dodatek mięska kebabowego. #wiemprofanacja
Do potrawy mogłam wybrać jeszcze trzy dodatki.
To z lewej, to sałatka z bakłażana (spodziewałam się raczej plastrów bakłażana, nie jakiejś paćki).
W środku hummus, który jadłam pierwszy raz ( no cóż, nie powalił mnie smakiem).
Po prawej sałatka szpinakowa ( dlaczego spodziewałam się liści?).
Sam kumpir to właściwie takie przyprawione ziemniaczane puree podane w chrupiącej skórce, którą ma się ochotę zjeść, ale człowiek się zastanawia, czy jest jadalna. Ja nie zjadłam. Spożyłam tylko środek. Ogólnie smakowało, ale chyba tylko dlatego, że uwielbiam ziemniaki w każdej postaci.

                                                                                                                                                                                     


RĄBANIE DREWNA

Kiedy się mieszka na wsi i ma się zwykły piec, czynność ta jest nieunikniona. Najczęściej wykonują ją mężczyźni, ale dlaczego miałabym nie spróbować?
Przyznaję, że nie było łatwo, ale czym więcej się ćwiczy tym lepiej wychodzi.
Czyli jak ze wszystkim.  :-)

                             

PRZEPROWADZKA

Mieszkam w tym samym miejscu ponad 30 lat. W tym czasie nigdy się nie przeprowadzałam, chyba że z pokoju do pokoju. Tym razem była to zamiana mieszkań, w tym samym domu. Żadne pakowanie w pudła i ładowanie do auta. Nie. Tylko przenoszenie rzeczy z mieszkania do mieszkania.
Ilośc przedmiotów, które posiadam przeraziła mnie. Przeniosłam wszystko. Jednak na tamten moment odgruzowywanie było ponad moje siły. Pozbywanie się zbędnych przedmiotów to walka z:
"to się jeszcze przyda",
"tego szkoda wyrzucić",
"to budzi wspomnienia".
Kiedyś się wezmę. Lubię minimalizm. Nie dlatego, że jest modny, lecz dlatego, że duże ilości czegokolwiek mnie przytłaczają. Tylko że pozbywanie się ich jest jeszcze dla mnie zbyt trudne.



KOTY

Niecodzienność najmilsza, choć nie powiem, poprzedzona tygodniami rozważań - brać czy nie brać.
I przyznam, że gdyby mój Mężczyzna stanowczo nie podjął decyzji na tak, ja wahałabym się jeszcze długo i na koniec powiedziałabym - nie. Tygodniowy pobyt u nas małej, złośliwej kociej znajdy w ubiegłym roku sprawił, że stwierdziłam - nigdy więcej kotów w domu!
Ale koty mają w sobie coś, co sprawia że chce się je mieć. :)

Dlaczego dwa? Bo stwierdziliśmy, że jak weźmiemy dwa z jednego miotu, to będą się dogadywać i zajmować sobą. I to się sprawdziło. Choć widać, że jeden z nich jest bardziej dominujący i momentami trochę ze sobą rywalizują. Poza tym jeden z kotków jest nasz, drugi mojej córki. Ale chowają sie razem, u nas, przynajmniej na razie. :)

Te koty są z nami już tydzień. I przyznam, że są przeurocze. Nie gryzą, nie drapią, potrzeby załatwiają tam gdzie trzeba, dużo śpią, a kiedy się bawią, urządzają nam niezłe widowisko (o ile nie robią tego w nocy :P).
Jedyny minus jest taki, że wskakują na stoły, parapety (łapkami brudzą okna), blaty kuchenne, a nawet na kuchenkę. Pracujemy nad tym, by ich tego oduczyć. 

Ja natomiast uczę się, że mój dom nie będzie sterylnie czysty, bo przy kotach się nie da. 
Że teraz częściej będę myć okna, zmieniać pościel i odkurzać.
Że firanka lub roleta może być niezłą formą zabawy. 
Że obrus lub bieżnik na stole się nie sprawdza.
Że w obecnej sytuacji bardzo trzeba pilnować zamykania drzwi i patrzeć pod nogi.
Że każda rzecz położona w zasięgu kota (a koty zasięg mają duży), może być porwana.
Że gotowanie i spożywanie posiłków przy kiciach może być utrudnione.
Że wysypianie się w wolne dni właśnie się zakończyło ( koty wstają razem ze słońcem).

To nie są pierwsze koty u mnie w domu. Ale już nawet nie pamiętam jak to było, kiedy Tosiek był małym domowym kociakiem. A w ostatnich latach swojego życia więcej czasu spędzał na zewnątrz, niż w domu.

Dlatego uczę się od nowa być kocią mamą. Chciałam napisać panią, ale kot to takie zwierzę, nad którym ciężko jest zapanować. :-)
Na dzień dzisiejszy nie żałuję, że kotki przygarnęliśmy, choć pewnie nie raz zacytuję polskie powiedzenie "nie miała baba kłopotu, kupiła sobie cielę". :-)
Ale widok kociej mordki, dotyk kociego milusińskiego ciałka, ich zachowania wywołujące w człowieku uśmiech i radość, wynagradzają wszystko. I to mruczenie, które niektórzy tak bardzo lubią, a za którym ja zbytnio nie przepadam. :-) 
Koty są fajne. A że trochę kłopotliwe? Jak każde zwierzę w domu. :-)
















To tyle z moich niecodzienności.
Jeśli nie wiecie o co chodzi w akcji "12 niecodziennych", to zapraszam do organizatorki - Kasi z bloga Droga do minimalizmu. Dołączyć do wyzwania można w każdej chwili.
I jak zawsze gorąco blog  Kasi polecam. :)

O matko! Jutro już czerwiec? No to czas na nowe niecodzienności. ;)








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz