wtorek, 16 maja 2017

Marcowa historia o miłości.



Pokłócili się. Pokłócili się bardzo mocno. Jak nigdy. Tak mocno, że padły ostre słowa. 
- Jeśli stąd wyjdziesz, to więcej nie wracaj!! 
To powiedziała ona. 
A on? 
Wyszedł bez słowa.



"Są słowa, które powiedziane raz,
Nigdy już nie giną..
Z wiatrem wędrują przez cały świat,
Czasem w ciszy możesz je usłyszeć..
Są słowa, które tną jak miecz..."




Czyżby to miał być koniec? - natrętna myśl nie dawała jej spokoju.
Przecież nigdy się tak nie kłócili.
Czy to, że dziś siódmy marca, a siedem to ich liczba, ma coś oznaczać? 
Rozstanie siódmego dnia miesiąca, po prawie siedmiu latach wspólnego życia?

Nie odzywali się do siebie dwa dni. 
Po tych dwóch dniach obfitujących w pytania - co dalej? co teraz będzie? - skierowane do samej siebie, ona otrzymała nagły telefon.

Zabrała go karetka z podejrzeniem rozlanego wyrostka. Jest zagrożenie życia.

Rozpłakała się. Co to się do cholery dzieje?
Była właśnie w pracy, którą za chwilę kończyła. Jak na złość dziś musiała zostać dłużej. Zanim dojedzie do domu...

Zanim dojechała, wiedziała już od bliskich, że to nie wyrostek. Od niego przyszedł tylko sms:

"Jestem w szpitalu na obserwacji, wciąż nie wiedzą co mi jest. Kocham Cię".

Tamta kłótnia nie miała już znaczenia, odeszła w niebyt. Czy w ogóle była?

Kiedy ona weszła do domu, na łóżku leżały jego porozrzucane rzeczy. Przyjechał by popracować przy drzewie. To, że nie gadali ze sobą, nie znaczy, że zostawił ją z pracą, której ona by sama nie wykonała. Przy cięciu drew na opał złapał go ból brzucha. Ból tak silny, że ledwo doszedł z działki do domu. Nie od razu wezwał karetkę. To nietypowy mężczyzna, odporny na ból. Lecz kiedy boleści się nasiliły bardzo mocno, nie było innej opcji, musiał oddać się w ręce lekarzy.

Porozrzucane na łóżku rzeczy z resztkami trocin, wywołały u niej złe myśli...

Wykonujesz czynności dnia codziennego, a tu nagle zostawiasz wszystko i już cię nie ma.
Ze sobą nie bierzesz nic.
Nawet nie dane jest ci dokończyć zadania, które zacząłeś.
Ubrudzona trocinami czapka, kurtka robocza, wręcz krzyczą o nieskończonej pracy.
A ty jej nie dokończysz, bo ciebie już nie ma...

"Nie ma ciebie, nie ma mnie.
Świat nie istnieje, skończył się.
Do chwili gdy się znów, spotkamy.
Jeszcze jedną noc...
Jeszcze jeden dzień...
Jeszcze chwilę..."




Szybko ociera łzy. Dzwoni do niego. Na szczęście nic się złego nie dzieje, ból zelżał, pewnie pod wpływem leków. Wciąż niestety nie wiedzą co mu jest. Zostanie na obserwacji. Jutro zrobią kolejne badania. Nie ma sensu, by jechała do niego po nocy, zwłaszcza że marny z niej kierowca. Ustalają, że pojedzie z samego rana. Nie rozmawiają długo, bo pada mu bateria, a nie ma ładowarki. No to do jutra kochany...

O dwudziestej trzeciej przychodzi sms: 

"Zrobili mi rentgen. Perforacja przewodu pokarmowego. Zaraz mnie biorą na stół operacyjny."

Zamarła.
Pół nocy przepłakała, wmawiając sobie, że będzie dobrze, przecież musi być dobrze, przecież taka miłość nie może skończyć się tak głupio. Ze zmęczenia zasnęła...

Obudził ją dźwięk sms-a. Była 1.58.
"Jestem już po operacji. Więcej napisać nie mogę."

Żyje! To najważniejsze!

Natrętna myśl o śmierci niestety ciągle bezczelnie wślizgiwała się między pozytywne rozmyślania.
Idź precz głupia! Nie tym razem!

Zasnęła uspokojona.

Rano zerwała się niczym rażona piorunem. Wypiła szybką kawę, nie była w stanie nic przełknąć. Czekała ją wizyta w szpitalu, ale najpierw musiała do niego dotrzeć. Trzydzieści kilometrów. Dla niej dużo. Niestety do szpitala mogła dojechać tylko samochodem. Za kółkiem nie siedziała chyba rok, może dłużej? Nigdy nie lubiła prowadzić samochodu. Ten niedawno kupili. Krótką jazdę próbną zaliczyła i to wszystko.
Biorąc pod uwagę to w jakim jest stresie...

Gdy wsiadła do auta, najpierw policzyła do dziesięciu. Potem odmówiła krótką modlitwę. Święty Krzysztof, patron kierowców, został postawiony w stan gotowości. Bóg też.
Boże miej w opiece mnie i tych, których spotkam na drodze.

Dojechała bez problemu. On zawsze powtarzał, że ona jest dobrym kierowcą, tylko musi więcej jeździć. Bardziej w nią wierzył niż ona sama.

Znalazła go bez trudu. Trochę ją zdziwiło, że może tak z ulicy, beż żadnej odzieży ochronnej, wejść na salę pooperacyjną. Na sali leżały trzy osoby. Wszystkie podłączone pod aparaturę. On też.
Leżał na środkowym łóżku. Spał. Gdy dotknęła jego ręki nie obudził się.
Niech śpi. Ona poczeka.
Poszła do lekarza. Ten trochę ją zbył.

- Później proszę pani. Po obchodzie. Dopiero przyszedłem i nie wiem co z pani mężem.

Ok. Poczeka. Do obchodu blisko. Najważniejsze, że ona też jest blisko. Blisko niego.

Gdy wataha lekarzy zaczęła krążyć po szpitalnych salach, ona stała na korytarzu. Obserwowała z boku jak wchodzą na pooperacyjną, jak budzą go i rozmawiają z nim.
Nic nie słyszała, nie widziała go, widziała tylko lekarzy, usmiechających się, żartujacych z nim.

Jest dobrze - pomyślała.

Kiedy wyszli, mogła wreszcie wejść ona.
Mogła go zobaczyć, ucałować, dotknąć, porozmawiać.
Oczywiście, że się rozpłakała. Cały stres spływał z niej jak deszczówka z rynny.
Dla uspokojenia poszła do samochodu po jego rzeczy. Wracając zajrzała do lekarza.
To wrzód na dwunastnicy. Pękł. Mąż musiał dużo wcześniej odczuwać dolegliwości.
Nie odczuwał, przynajmniej nigdy się nie skarżył.
Dieta, odpoczynek, leki. I będzie dobrze.
Odetchnęła...

Gdy wróciła był już na zwykłej sali.
Siedziała z nim kilka godzin. Rozmawiali. O wszystkim i o niczym. Temat kłótni zostawili na później. Zresztą, czy była jakaś kłótnia? A nawet jeśli, to jakie to ma teraz znaczenie?  

Przy rozmowie trochę jeszcze przysypiał. Nawet w pół słowa zamykały mu się oczy. Dlatego nie męczyła go długo. Zwłaszcza że jeszcze musiała wrócić za kółkiem. I zajechać do jego matki, która się zamartwiała. Uspokoić osobiście to nie to samo co telefonicznie.

W szpitalu poleżal kilka dni. Wyszedł odmieniony. Jakby dostał drugie życie. Rzucił palenie, zaczął zdrowo się odżywiać, cieszyć się życiem.

"Wracam do domu
Dom to tam gdzie jesteś Ty..."



Ze szpitala wracali razem, zabierając ze sobą pacjenta, który nie miał jak dotrzeć do domu. Trochę zboczyli z trasy, podwożąc go pod sam dom. Bardzo im dziękował. Facet nie miał w życiu szczęścia. Jego historia nie była ani piękna, ani optymistyczna. Nieszczęśliwy człowiek...

W przeciwieństwie do nich.
Oni są szczęśliwi. Oni mają siebie i cokolwiek by się nie działo będą razem. Przecież są dla siebie stworzeni, tylko na chwilę o tym zapomnieli.

Na nowo cieszą się codziennością, na nowo doceniają to co mają. I choć może się wydawać, że materialnie mają niewiele, to tak naprawdę mają bardzo dużo.
Mają siebie...

To nie jest zmyślona historia...
To nasza historia...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz