niedziela, 6 września 2015

Gdzie te zwierzęta, prawdziwe takie...? Post z lekka edukacyjny.





O tym, że jestem wieśniakiem pisałam w poprzednim wpisie.

Dziś chciałabym napisać, co nam polska wieś daje w postaci fauny i flory. 
Czyli innymi słowy: gdzie te zwierzęta? Bo na mojej wsi, jakby deficyt.

Zacznę jednak od roślin. Wiem, zwierzątka są ciekawsze. Cierpliwości. O roślinach będzie krótko.:-)





WARZYWA

Tak, mam mały ogródek, a w nim własne warzywa. Ekologiczne, bo nie ma w nich nawozów, ani innych dziwnych substancji, chyba że coś spadnie z nieba.
Myślicie, że warzywa te są piękne? Takie zdrowe, śliczne okazy?
Nie. Warzywa bez sztucznych dodatków nie chcą być urodziwe. Mają plamy, atakują je choroby, albo w ogóle nie chcą rosnąć. A nawet jeśli uda im się już urosnąć, nie zawsze mają okazję doczekać się konsumpcji przez człowieka, bo najpierw zjadają je robale. W końcu robaki głupie nie są, wiedzą co ekologiczne. A i krecik, nie, nie ten sympatyczny z czeskiej bajki, którą oglądałam w dzieciństwie, taki zwykły krecik, ten pod ochroną, lubi sobie urządzić tunel pod warzywkami. Warzywka się wtedy obrażają i nie rosną.
Do tego jest sucho, a burmistrz zabrania podlewać i straszy odcięciem dopływu wody. Wszystko schnie. W tym roku przeżyła tylko cukinia. Ku mojej uciesze, bo lubię. :)



OWOCE

Większość owoców z tych kilku drzewek, które mamy, została pożarta przez osy. Albo wyschła i pospadała. Tylko stara poczciwa wiśnia dała troszkę wisienek, na 3 małe butelki soku. Jest jeszcze szansa na czarny bez, ale ten też jest dosyć suchy w tym roku. Jabłonka obrodziła, ale jabłka są maleńkie i zazwyczaj robaczywe. Mnóstwo ich spadło i zrobaczniało jeszcze bardziej. Można więc z nich robić kompot, albo rosołek. ;)





ZWIERZĘTA.

Teraz będzie o zwierzętach typowo wiejskich, a w zasadzie o ich braku na mojej wsi.
Bo na mojej wsi najwiecej jest psów i kotów.
Czyli jak w mieście. ;)


PSY.
Psy żyją i na wsi, i w mieście.
Które mają lepiej?  Te na wsi? Bo mają więcej przestrzeni i swobody? No nie wiem.
Mój pies musi żyć w zagrodzie. Nie chodzi sobie luzem po podwórku, bo mimo swojego niewielkiego wzrostu, stanowi zagrożenie dla sasiedzkich kur. Jest też niebezpieczny dla roślin podwórkowych. Bo kiedy zadziera nóżkę nad roślinką, roślinka pada z wrażenia. Po kilku takich padnięciach już nie wstaje. Poza tym nasz cudowny kundelek wykorzystywał każda okazję, by wyjść poza ogrodzenie i robił sobie zbyt długie wycieczki, a nikt nie lubi wałęsających się psów. Ja też. Zwłaszcza gdy te psy udają, że są groźne. A jak nie udają i są naprawdę groźne, to jeszcze gorzej.
I w ten sposób mój wiejski piesek wychodzi sobie na spacery kontrolowane, jak jakiś miastowy. :)
A ja nie cierpię psów, które chodzą sobie po wiejskich drogach luzem, bo im nie ufam, bo się ich boję. Po pierwsze -właściciele wiejskich psów zawsze twierdzą, że ich pies nie gryzie. Po drugie - pies nie musi nawet gryźć, wystarczy, ze jest duży - nie przejdę obok. Po trzecie i chyba najgorsze - nie wszyscy na wsiach szczepią psy przeciw wściekliźnie.
Mimo, że uważam, że psy są fantastyczne, podchodzę do nich z dystansem, a w zasadzie podchodzę tylko do swojego. :)




"Pozdrawiam ze wsi " (zdjęcie z mojego albumu)



KURY. 
Kury są - u sąsiadów. Ale chyba złote jajka znoszą, bo cena ich trzy razy większa, jak tych z marketu. Ale to są chyba tzw. kury szczęśliwe. Kiedyś na targu widziałam napis: jaja od kur szczęśliwych. Nie wiem, czy te u sąsiadów są szczęśliwe, bo mają tylko jednego koguta. Jakoś się nim dzielą. Za to chodzą sobie po sporej przestrzeni, dziobią trawkę i chyba jest im dobrze. Pewnie i jajka mają dobre. Kiedyś nie widziałam różnicy między jajem z fermy, a wiejskim. Teraz już jestem świadoma. No cóż, wszyscy wiemy czym faszerowane są kury na fermie. Ale i tak najczęściej jem te gorsze. Wiejskie jaja sąsiadka sprzedaje miastowym. Jakbym mieszkała w mieście, to pewnie by mi sprzedała.:) Kiedy ostatnio jadłam rosół z kury? W dzieciństwie. Zazwyczaj rosół gotuję z kurczaka z marketu. Na warzywach też z marketu. Taki wiejski rosołek, bo gotowany na wsi.





GĘSI. 
Nie znajdziesz u mnie na wsi gęsi. Może i dobrze. Bo gęś to taki biały, niestety dość szybki ptak, który lubi biec za tobą z takim sssssssssssssss. I gryzie. A raczej szczypie.
Taka trauma z dzieciństwa. ;)






KOGUTY.
Koguty też zaliczam do traumy. Do tej pory omijam je z daleka. Zwłaszcza kiedy jestem w czerwonym ubraniu. A może współczesne koguty nie reagują  już na czerwone agresją? Może też są szczęśliwe , jak kury? Koguty na mojej wsi istnieją, tam gdzie są kury. Bo to tak chyba musi iść w parze.;)
Jedyne co lubię u koguta to kukuryku. Pianie znaczy. O poranku. Choć po południu też pieją. Może niektóre żyją w innej strefie czasowej.





ŚWINIE.  
Kiedy ja ostatnio widziałam świnię na żywo? U mnie na wsi może kilka by się znalazło, jakby dobrze poszukał. A może już nie.
Tak dla przypomnienia jak wygląda prawdziwa świnia: zdjęcie z aforyzmem.;)



                                                      źródło zdjęcia demotywatory.pl


KROWY.
Jak ostatnio krowę zobaczyłam gdzieś przy drodze, to jej selfie strzeliłam z radości. Dziwnie się na mnie popatrzyła. No cóż, krowy tak mają, że się w ciebie wpatrują, widocznie człowiek je wciąż zadziwia. Krowa to takie zwierzę, które daje mleko. Nie, nie prosto do kartonu. To trochę bardziej skomplikowany proces.
Och, ten smak z dzieciństwa, ciepłe mleko prosto od babcinej krowy...mniam. :)
Kiedy teraz chcę się napić takiego swojskiego mleka, czekam na znajomego rolnika z sasiedniej wsi, przyjeżdża do nas raz w tygodniu. Ma też swojskie białe sery. Kiedyś nawet sama zrobiłam taki ser. To dopiero była satysfakcja. :)



WAŻNE!
Mała rada dotycząca krowy.
Kiedy już ją spotkasz na swojej drodze, oględziny krowy jako fascynującego zjawiska rozpoczynaj zawsze od tego, co ma na podbrzuszu. Jeśli nie jest to taki balonik z wypustkami (czytaj wymię), nie wpatruj się nieskromnie w to co tam ma, tylko skieruj swój wzrok w poszukiwaniu czegoś, czym ta krowa jest ewentualnie przywiązana. Jeśli nie jest przywiązana i nie stoi za ogrodzeniem, to szukaj najbliższego drzewa, na które da się wejść, bo właśnie przed tobą stoi byk.
Byk to jest krowa płci męskiej, która jest agresywna. Jeśli nie jesteś zawodowym torreadorem, to raczej unikaj kontaktu z tym stworzeniem.
Ja unikam, dlatego nie opowiem ci jak wygląda bliskie spotkanie z samcem krowy. Nie opowiem ci też tego, co podpowiada mi moja wyobraźnia, bo możesz potrzebować cucenia. Szczegóły możesz znaleźć w google pod hasłem corrida.


I jeszcze coś. Z uwagi na to, że mało jest u mnie krów, a w zasadzie prawie ich nie ma, z pobliskich łąk tworzy się busz. Nie ma kto wyżerać, nie ma po co kosić. A w takim buszu ogrom kleszczy. Ohydne i niebezpieczne.



KOZY.
Koza u mnie na wsi się zdarza. Niektórzy stosują kozy zamiast kosiarki. ;)
Kozy to bardzo urodziwe i bardzo inteligentne zwierzęta. I jeszcze bardzo pożyteczne.
Dlaczego? Nie ważne, tak jest i już. 
Kozy użyczają mi swej nazwy do nazwiska, więc nie mogę nic złego napisać o ziomalach, nie?
Kozy są wspaniałe. :-)






KONIE. 
Są. Bo ktoś ma agroturystykę z konikami. Można sobie pojeździć. Czasami widzę takich jeźdźców. Nie wygląda to zachęcająco. Od samego patrzenia bolą półdupki. Konika z furą czasami też widać, ale rzadko. Ostatnio na takiej furze jechałam w dzieciństwie. Fajnie było.:) Kiedyś podobno spadłam z furmanki, ale tego nie pamiętam. :)
Za to na konie lubię patrzeć. To fakt, są piękne.




SZKODNIKI

Przejdźmy do zwierzątek mniejszych. Tych mniej lubianych, a właściwie znienawidzonych. Tych akurat nie brakuje. Zdjęć nie zamieszczam, bo na samą myśl bierze mnie obrzydzenie, wolę na te stworzenia nie patrzeć.

MYSZY. Już w sierpniu bezczelnie ładują się do mieszkania, nie przejmując się tym co im grozi.
Bo grozi. Być może przedstawiciele greenpeace mnie zlinczują (a stoją po drodze z mojej pracy), ale myszy bezwzględnie tępię. Nie znoszę ich, boję się, brzydzę. Kiedyś myślałam, ze myszy są choć trochę inteligentne , boją się ludzi - istot dla nich ogromnych, dopóki jedna nie przebiegła mi po poduszce. Nie bała się. Inna kiedyś siedziała na środku pokoju i patrzyła. Też się nie bała. Miałam wtedy istny potop mysi i czułam się jak król Popiel, zanim go zjadły. Po tej inwazji przyprowadziłam do domu KOTA. Myszy się wyniosły, mimo, że kot łagodny jak baranek. O przepraszam, kiedy łagodny to łagodny. Jak broni podwórka i swojej miski przed czarnym kocurem z sąsiedztwa, jest jak tygrys. Krew się leje. Zuch kotek. Waleczny. Ale w związku z tak ważnym zajęciem, nie ma czasu na myszy. A te już kombinują jak się przecisnąć do mieszkania.



                               "Myszy muszą zaczekać, mam ważniejsze sprawy... "(zdjęcie z mojego albumu)




Oprócz myszy, atrakcją na wsi są MUCHY. Niezliczone ilości. Obiad na powietrzu, pięknie nakryty stół w ogrodzie... nie u nas. No chyba, że przyjemność sprawi komuś wspólny posiłek z muchami, które to na pewno nie umyły nóżek po wizycie na jakiejś kupie. Ble.
Wieczorem muchy idą spać, za to budzą się KOMARY.  Na szczęście w tym roku jest dla nich trochę za sucho, więc nie uprzykrzają życia. Wieczorem można posiedzieć.
Za to mocno działają OSY. Nie dość, że wyżerają owoce z ogrodu (te ekologiczne), to jeszcze zakładają gniazda. Nie daj Boże niechcący zapukać do ich domku, nie będą gościnne. Wręcz przeciwnie - atakują. W tym roku pozbyliśmy się już dwóch gniazd.
A opuszczone gniazdo wygląda tak:

zdjęcie z mojego albumu


Osy żerują też w trawie, więc hasło"na wsi można sobie pochodzić boso"jest nieaktualne. Zresztą po jakiej trawie? Trawa na chwilę obecną jest taka sucha, że przypomina ściernisko, a nie trawnik.

Aha, jeszcze odnośnie robali. Wszechobecne są PAJĄKI, ale na szczęście fobia na nie mi przeszła, został tylko mały wstręt. Jednak mój wstręt rośnie wprost proporcjonalnie do wielkości pająka. Wiecie co to są kątniki? Wpiszcie sobie w grafikę google, bo ja tu zdjęcia nie zamieszczę. Brrr...Właśnie takie okazy pojawiają się u mnie w domu. 
Nie ma szans bym się z nimi zaprzyjaźniła. Z ogromnym strachem, ale morduję je na miejscu.

Na szczęście przed muchami, komarami, osami chronią mnie w mieszkaniu siatki w oknach. Czarne, więc prawie niewidoczne dla oka ludzkiego, a skutecznie bronią mieszkanie przed intruzami.
Dlatego wieczorami mogę siedzieć przy zapalonym świetle i szeroko otwartym oknie.
Niestety nic mnie nie chroni przed pająkami. A że właśnie wysprzątałam kąty niszcząc im pajęczyny, lada moment spodziewam się ekspozycji na ścianie w postaci soczystego pająka.
A dziś w nocy coś chrobotało, czyżby znów mysz?

Idę poważnie porozmawiać z kotem.



zdjęcia niepodpisane pochodzą ze strony https://pixabay.com/pl/  










23 komentarze:

  1. Lubię Cię coraz bardziej :)
    Ja na mojej wsi, co nie jest moja, mam mleko od krowy sąsiadów, jajka od kur sąsiadów, szczekające psy u sąsiadów, odwiedziny sporadyczne kotów sąsiadów. Za to już własne mam maliny, porzeczki i winogrona, po cztery krzaczki, osy, chrabąszcze, pająki, upierdliwe muchy. Mysz widziałam, ale zdechłą na drodze.
    Taka to wieś urodzajna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwzajemniam lubię Cię. :) A te wszystkie dary masz od jednego sąsiada, czy od wielu?
      O! Ja też mam krzaczki.:) Maliny w tym roku nie obrodziły, winogrona też nie (może dlatego, że przycięte były), porzeczek wystarczyło na jedno ugotowanie kompotu. Taki rok widocznie.
      Ciesz się, że mysz była martwa. :) Choć niektórym myszy się podobają. Że niby takie milusie. Brrr.

      Usuń
    2. Od jednego sąsiada. Więcej sąsiadów brak w bliskiej okolicy, a że mieszkają tam dwie osoby, to liczba mnoga się wkradła :)
      Cieszę się, że martwa była, ale i tak szłam szybko, panicznie się bojąc, że narobię paniki przy dziecku, a wiadomo, że matka się niczego bać nie może. Ani wariata drogowego, ani podchmielonego jegomościa, ani trzmiela, ani krokodyla, ani węży, ani duchów, ani, ani...

      Usuń
  2. Niestety musieliśmy się ze wsi jakiś czas temu wyprowadzić, ale mogę tylko przyznać, że wszystko o czym tu piszesz to prawda, i że bardzo nam tego brakuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja baaardzo dobrze wspominam wieś u mojej babci, z dzieciństwa, taka prawdziwą. Moja jest taka oszukana i nieprawdziwa. I trochę ciężko się na niej żyje. Dlatego chcę do miasta. A wieś? W ramach relaksu na weekendy i wakacje. :)

      Usuń
  3. Uwielbiam "swojskie" warzywa i owoce za ich nierownomierne ksztalty niedopuszczone przez UE (:P), za smak ktorego sklepowe nie maja i za to ze rosna na naszych oczach :) najbardziej z dzialki lubie cukinie i borowki- moglabym jesc je codziennie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, że cukinię i borówki odkryłam dopiero kilka lat temu. I zakochałam się. :)

      Usuń
  4. Też mieszkałam w dzieciństwie na wsi, ale już prawie nikt tu zwierząt nie ma, bo już się nie opłaca. Mimo wszystko tęsknię za prawdziwą, polską wsią jaką znam z dziecięcych lat. Ahhh. Kiedy to było. ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, mam to samo, takie dobre wspomnienie z dzieciństwa, za którym się tęskni. Dziś wybrałabym miasto i to duże miasto. W mieście żyje się łatwiej. Być może kiedys zmienię zdanie.

      Usuń
    2. A ja nie. Chciałabym żyć z dala od miasta bez internetu i telefonów. Tylko ja, natura, kury, kaczki. .. Mój plan na starość ;)

      Usuń
    3. Ja też mam taki plan w momencie kiedy mnie wszyscy irytują. Zaszyć się w gluszy i odciąć od swiata. Ale szybko mi przechodzi. :-) A żyć bez internetu? Już nie potrafię. :-)

      Usuń
  5. Uwielbiam Twoje "wiejskie" wpisy, są tak plastyczne, że wracam dzięki nim na wieś, gdzie spędzałem całe miesiące wakacji :) I muchy były, robale, stonka, chmury motylków, paskudne gąsienice, dostatek krów, kaczek, gęsi, latających kur (przechodziły od sąsiada a nasz pies pełnił rolę wieży kontroli lotów) i czego to tam nie było. A propos psa. Czasem na podwórku spotykały się rodzinne psy (w zależności, kto przyjeżdżał na wakacje). Jeden z nich był czarny jak noc a do tego rasowy. I jego się najbardziej obawiano we wsi, bo wiadomo czarny to diabeł. Psy, jak to psy, uwielbiały oszczekiwać wszystko co chodziło/przejeżdżało za płotem. Ponoć raz jeden przechodzący człek na widok szarżującego czarnego psa (dzielił ich solidny płot ze sztachetami - 170cm wysokości) wykonał pad płaski. Tak go w wojsku nauczono :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha. Coś w tym jest, bo ja też nie lubię zupełnie czarnych zwierząt, muszą mieć choć białą łatkę. Ale za to nie mam nic do czarnych ludzi, żeby nie było. :-) Kiedyś też na mojej wsi straszono dzieci ( i dorosłych też) czarną wołgą. :-)
      A co do prawdziwej wsi, mam taki plan, by pojechać na urlop na agroturystykę, gdzieś w Bieszczady, bo tam mnie ciągnie najbardziej I odświeżyć swoje wspomnienie prawdziwej wsi. Pewnie w tym roku już się nie uda, mimo że właśnie jest sezon na Bieszczady, ale może za rok. :-)

      Usuń
  6. Ale fajny przewodnik po faunie i florze wsi ci wyszedł :) Psiaka masz uroczego i bardzo dobrze, że wychodzisz z nim na spacer, bo to mit że pies puszczony luzem po podwórku przy domu jest szczęśliwy, każdy potrzebuje spaceru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pies sam przypomina o spacerze głośnym ujadaniem. :-) A kiedy wraca ładnie się uśmiecha ogonkiem, bo wie, że dostanie coś smacznego. :-) Moim marzeniem jest labrador w kolorze biszkoptowym. Może kiedyś. Na razie jeden pies wystarczy. :-)

      Usuń
  7. Ja mieszkam za miastem. Tak wieś-nie wieś, bo np. kur w okolicy prawie nikt nie ma, nie mówiąc o innych zwierzakach. Jedynie psy i koty są obecne. Za to mamy szklarnię i mały ogródek, gdzieś się zawsze coś posieje, zasadzi i można potem przegryźć ekologicznego ogórka. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nawet taki mały ogródek wymaga pracy. Jeszcze jak się lubi tzw. grzebanie w ziemi to pół biedy, ale jak się tam idzie za karę, to się nasza złość na warzywa przenosi.;) I nie rosną. :) U mnie ogródkiem głownie zajmuje sie mama, która jest czasowa. Mnie całe dnie nie ma w domu. W soboty ogarniam wszystkie zaległe sprawy domowe, w niedzielę odpoczywam. :) Mój osobisty ogródek zginąłby śmiercią naturalną. :)

      Usuń
  8. Również mieszkam na tak zwanej wsi. Zwierząt nie ma, gospodarstw brak, ale przyznam szczerze, że mi tego brakuje. Moja mama kupuje mleko od znajomej, która ma krowę. Czasami musimy kilka dni czekać, żeby dostać to "oryginalne" dobre mleczko :) Tak samo jest z jajkami. Co do mięsa to zakupy od pana posiadającego zwierzęta robimy raz na kilka miesięcy. I jeszcze trzeba się zapisać na specjalną listę oczekujących, do których ów pan wykona telefon jak już będzie miał swój "towar". Jednak ja mam obsesję na punkcie dobrej jakości jedzenia i nie wyobrażam sobie życia bez tych zakupów. W wakacje odwiedziłam prawdziwą, sielską wieś i nawet zastanawiałam się, czy by tam się nie przeprowadzić na stałe. Na przeszkodzie stanęły jednak względy praktyczne. "Tylko" 2 godziny jazdy samochodem do pracy w jedną stronę ;) Niestety na mojej wymarzonej wsi pracy nie ma, nawet o internet trzeba pisać podanie do wójta. Za to wieś, w której mieszkam to po prostu domy stojące obok siebie, najczęściej puste przez większość dnia, bo wszyscy idą do pracy. Za to jest bliżej do tej pracy i praca jest lepsza i bardziej rozwojowa. Niestety, coś za coś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrz, do czego do doszło, zapisy na dobre mięsko.:) U mojej sąsiadki są zapisy na jajka. :) Kiedyś trzeba było stać w kolejkach po cokolwiek, teraz wszystkiego jest mnóstwo, a o towar dobrej jakości wciąż trudno. Tak nieraz sobie myślę, a może by się zająć taką produkcją ekologiczną, skoro popyt na nią wzrasta? Pytanie czy chciałabym taką pracę? Raczej nie. Bo to bardzo ciężka praca i niewdzięczna praca. Dlatego mam ogromny szacunek dla zwykłych rolników w małych gospodarstwach. Dobrze, że jeszcze istnieje taka prawdziwa wieś. Niestety praca jest w miastach i najlepiej jest mieć do niej jak najbliżej, by nie tracić czasu na dojazdy, tak jak ja. :)

      Usuń
    2. Myślałam o tym, żeby samej zadbać o ogródek przynajmniej, żeby mieć swoje warzywa. Na razie na realizację tego pomysłu nie miałam czasu, ale w przyszłym roku może się uda. Ostatnio czytając sporo o zdrowej żywności dochodzę do wniosku, że zrobiliśmy dziwne koło. Jedzenie jest tak łatwo dostępne, ale niestety jest to żywność, która nam w większości szkodzi. Dlatego właśnie marzyłaby mi samodzielna uprawa warzyw. Jest to dodatkowy obowiązek do niekończącej się listy obowiązków. Tylko ten akurat powinien być priorytetem, jeżeli nie chcemy ciągle się leczyć na alergie i bać się nowotworów. Na samą myśl o tym, co jest dodawane do jedzenia, zaczyna boleć mnie głowa. Niestety też bym nie mogła zająć się produkcją ekologicznej żywności zawodowo. Do tego trzeba mieć powołanie, chociaż jak ktoś ma, to pomysł na biznes jest z tego świetny! :)

      Usuń
    3. Też chodzi mi po głowie przestawianie się na zdrową żywność, ale to nie jest takie proste i wymaga trochę zachodu . Bo jakbym nagle odstawiła to wszystko co niezdrowe, to... nie miałabym co jesć. Może metodą małych kroczków uda się choć trochę zmienić nawyki żywieniowe. Tak po trochu, po trochu i nagle się okaże, że odżywiam się zdrowo i bez tych sklepowych śmieci. Jednak czasami mam wrażenie, że to walka z wiatrakami.

      Usuń
    4. Od pewnego czasu wręcz studiuję ten temat i niestety jest to bardzo trudne. Jak już kupiłam sobie jogurtownicę z plastikowymi pojemnikami, to wyczytałam, że struktura atomowa pożywienia zmienia się, jeżeli umieszczamy je w plastikowych naczyniach czy butelkach. Uff, ta i inne tego typu ciekawostki mnie zniechęciły mocno. Chemię można ograniczyć, ale pozbyć się jej całkowicie nie da. Przez ostatnie dwa miesiące przeczytałam sporo artykułów i na razie to jestem w punkcie, w którym nie wiem co dalej robić. Nie mam pięciu godzin codziennie, żeby sobie gotować, piec i robić wszystko sama. Jak znajdę jakieś sensowne rozwiązanie to napiszę o tym na blogu :)

      Usuń
    5. Chętnie poczytam, jeśli znajdziesz jakieś rozwiązanie. Bo ja też nie wiem jak sobie poradzić z nadmiarem chemii w żywności i brakiem czasu na gotowanie. Najlepiej jakby było zdrowo, tanio i szybko. :-) Ale w takim zestawie to raczej niemożliwe. :-)

      Usuń