poniedziałek, 9 stycznia 2017

Syzyf.




- Syzyfie! Syzyfie!
- Czego chcesz?
- Mógłbyś łaskawie zabrać ze mnie ten swój głaz? Przygniótł mnie!
- Może bym i mógł, ale swój głaz właśnie toczę pod górę. Nie zawracaj mi głowy.
- To co mnie przygniotło?
- Twój własny. Nie słuchałaś moich rad, to masz.
- Jakich rad?
- Kiedy głaz spada, usuwasz  mu się z drogi, przecież to proste.
- To się stało tak nagle, nie zdążyłam!
- Twój problem.
- Syzyfie, mógłbyś być milszy? Jedziemy na jednym wózku.
- Na jakim znowu wózku?
- To przenośnia.
- Ty się lepiej skup na przenoszeniu swojego głazu.
- Skupiam się. I tak nie mogę go podnieść. Chyba tu sobie pod nim zasnę.
- Nie waż się!
- Dlaczego? Nie mam siły stąd się wygrzebać. Nie mówiąc już o tym, że znów będę musiała go pchać pod górę.
- No i co z tego? Ja będę swój toczył całą wieczność. Chyba że...
- Nie masz dosyć?
- Mam, ale taki już mój los. A Ty przestań się nad sobą użalać, wyłaź i bierz się do roboty! Ty przynajmniej masz szansę ten swój wtoczyć.
- Ile razy można? No ile?
- Pomyśl kogo pytasz.
- No tak, ty nawet szansy nie masz. To po co go toczysz?
- Jeszcze raz mi zadasz tak durne pytanie, a poświęcę swój trud i puszczę ten głaz wprost na ciebie. Bo mam nadzieję. Idiotko...
- Nie nazywaj mnie idiotką!
- Sorry, ale mam wrażenie że mózg ci przygniotło.
- Jeszcze nie cały. :-P
- To uruchom komórki, które masz w całości i pomyśl. Nadzieja -  znasz takie słowo?
- Sprawdziłabym w wikipedii, ale ręce też mi przygniotło. :-P
- A uszy też masz przytkane?
- Jednym słyszę.
- To nadstaw mocno i posłuchaj. Nadzieja to taki stan, który nie pozwala ci się poddać, który sprawia, że wstajesz, otrzepujesz się z pyłu i zaczynasz od nowa. Kumasz?
- Kumam, tylko jak jej nie stracić, kiedy znów ci się nie udaje, gdy zawala ci się świat?
- Nie filozofować. Nie dorabiać teorii. Robić swoje.
- Wiśta wio, łatwo powiedzieć.
- Co to wiśta wio?
- Nie wiem. Gdzieś to usłyszałam. Nie pamiętam. Umysł mam częściowo zgnieciony. :-P
- Może i dobrze.
- Dobrze?
- Myślenie ci nie służy.
- Syzyfie! 
- Bo drażnisz mnie. Siedzisz sobie pod tym kamieniem i udajesz, że ci źle. Ciepło ci?
- Cieplutko. Ale źle. Smutno i źle. I nic już mi się nie chce.
- No właśnie, niby chcesz wyjść, a jednak nie chcesz.
- Chcę! Tylko nie mam już sił.
- To zadzwoń pod 999.
- Dobrze, że nie pod 666.
- Możesz i tam, ale ty chyba raczej po tej drugiej stronie mocy. No właśnie. Takie masz wsparcie, a siedzisz i jęczysz.
- Wsparcie?
- No ten, co to mówi: "przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście, a ja was pokrzepię", no ten, Jezus, czy jak mu tam. To kumpel twój chyba jest?
- Przyjaciel. Skąd go znasz?
- Spotkałem kiedyś, pogadaliśmy trochę, zresztą nieważne. Znajomości takie masz, a siedzisz i narzekasz.
- A bo On nie ma dla mnie czasu, całą ludzkość ma na głowie.
- Mam ci tu jeszcze wykład teologiczny zrobić? Przypominam, że ja z innego trochę świata jestem. Wiesz co? Mam cię dość. Głupia jesteś. Głupia i marudna.
- Wiesz co? Ja ciebie też. Idź stąd.
- Bardzo chętnie. Ałła! Uwaga! O cholera!
- Syzyfie! Co się dzieje?
- ...
- Syzyfie? Co się stało? Syyyzyyyfie!!
- Nie drzyj się! Słyszę dobrze! Przygniotło mnie.
- Ups! Nie posłuchałeś swoich rad? :-P
- Zagadałaś mnie. Pomóż mi teraz!
- Nie mam czasu, toczę swój kamień. :-P
- Nie toczysz, siedzisz pod nim.
- No właśnie, jak mam wyjść? Prosiłam żebyś mi pomógł.
- Normalnie! Dawno już byś wyszła, gdybyś tylko zechciała.
- Może i masz rację. Nie chcę. Wszyscy mnie zawiedli.
- Wszyscy?
- Bliska mi osoba. To jakby wszyscy.
- I co? Dlatego się poddasz? Będziesz siedzieć pod tym kamieniem i gnić?
- Będę.
- Być za życia w grobie? Super!
- Nie mam już siły, rozumiesz!
- Pieprzysz!
- Ej. Uważaj co mówisz. Gadasz z osobą, która może być twoim jedynym ratunkiem.
- W dupie mam taki ratunek, któremu się nie chce. Ałć! Ał! O kurwa jak boli!
- Wyrażaj się.
- Za chwilę przygniecie mi nogę. Zmiażdży. I to nie w przenośni. Nie będę mógł chodzić, nie będę mógł toczyć swojego głazu. Stracę cel w życiu, stracę życie.
- Zostanie ci nadzieja. :-P
- Wiesz co? Żałuję, że cię poznałem.
- I vice versa.
-  ...
- Syzyf?
-  ...
- Syzyf żyjesz?
-  ...
- Ej Syzyf, weź nie ściemniaj!
-  ...
- Dobra już idę.  Ałć! Mówiłam, że ciężko się stąd wygrzebać. Ałć! Ała! Co za durny kanciasty głaz. Syyyzyyyf! Do jasnej cholery, Syyyzyyyf, gdzie ty jesteś?!
Syyyzyyyf!!
- Hop hop!! Tu jestem, na górze!
- Ożesz! Oszukałeś mnie!
- Nazwałbym to raczej zmotywowaniem do działania. Wyszłaś spod kamienia.
- Świnia.
- No tak trochę wyglądasz. Ubłociłaś się z lekka.
- Wredny jesteś i tyle.
- Ale skuteczny. Idź się ogarnij i bierz się do roboty. Twój kamień czeka. I usuń się trochę na bok, bo mój zaraz będzie spadał. A ja wreszcie odpocznę sobie, powoli schodząc po niego. A potem znów go wtoczę. Taka kolej rzeczy. Taka moja kara. Ale kiedyś ją zakończę, wierzę w to głęboko. I to właśnie jest nadzieja.
- Filozof się znalazł. Ty uważaj żebyś przez przypadek nie wziął mojego kamienia. Cięższy jest.
- Wątpię. No i pamiętaj, że ja mam coś, czego tobie brakuje.
- Czyli?
- Już mówiłem - nadzieja.
- I tu się mylisz Syzyfie.
- Czyżby? Przekonaj mnie.
- Może kiedyś.
- No tak, najpierw musisz przekonać samą siebie. No to do zobaczenia na szlaku. I miłego toczenia.
- Do zobaczenia Syzyfie. Przekonać samą siebie mówisz? Tu też się mylisz. Jest we mnie nadzieja, mnóstwo nadziei...

Tekst ten powstał w momencie, kiedy znów poczułam się przygnieciona ciężarem swojego życiowego kamienia.
Przyznam, że samo jego napisanie przyniosło mi ulgę. Nadzieja wróciła. :)
A inspiracją były tu słowa świetnej blogerki, która chwilowo trochę ucichła, ale mam nadzieję, że wróci do pisania.

 Ciężej, mozolniej, trudniej, dłużej, na okrętkę, pod wiatr, pod górkę, z przeszkodami, z kamieniem, nigdy o tyczce i na skróty, idzie Syzyf. Za Syzyfem idę ja. Uczę się od niego, by nie wątpić.
BAMBOSZA





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz