niedziela, 22 stycznia 2017

Było minęło (czyli dzień jak co dzień 3)



To wpis, który nie doczekał się publikacji i leżał sobie w kopiach roboczych. 
Ponieważ właśnie mija rok, od kiedy opuściłam swoją poprzednią pracę, myślę że to dobry czas na wspomnienia. 
Ten wpis to kontynuacja cyklu "dzień jak co dzień". 
Jego pierwszą część znajdziecie tu, a drugą tu. Dziś zapraszam na trzecią. :)



8.00
Zaczynam pracę. Na biurku mam całą masę listów. Małe, duże, średnie, paczki. 
Z mojego działu wychodzi ich jakieś 400-500 dziennie. Każdy muszę wprowadzić do systemu za pomocą skanera i kodu kreskowego, ponumerować, spakować i zawieźć do biura podawczego. Dobrze pamiętam czasy, gdy każdy list trzeba było wprowadzić ręcznie. Czyli wpisać imię, nazwisko i cały adres do książki nadawczej, przez kalkę. Lubiłam to. Tak jak lubiłam ręcznie protokołować. Miało to swój urok. W ogóle ta praca miała kiedyś swój urok, mimo że było więcej roboty. Potem weszła komputeryzacja, obowiązków jakoś nie ubyło, tylko człowiek stał się automatem. 
Ech, nie ma co wspominać, czas nagli. Listy o 9.30 muszą być w biurze na dole. 

Zaraz, a kawa?  Nie zaczynam dnia bez kawy. Pyk. Czajnik włączony. 


8.25
Telefon. 
- Pani Basiu, pismo jest na 9-tą, na salę, proszę odebrać. 
Kurde, akurat teraz? Nie wyrobię się z listami. Nie mam wyjścia. Lecę!

Winda. Parter. Korytarz - jakieś 100 metrów.
Mam pismo. 

Korytarz. Winda. 6 piętro. Dostarczono. 

Wracam do listów. Czas nagli. 
Włączam czajnik. Który to już raz dzisiaj? Trzeci. Kawy mi się chce!

9.30  
Listy zrobione, wysyłka na transport służbowy zrobiona, kawa zrobiona. Sytuacja opanowana. Łapię łyka kawy. Jest pyszna. Nic mi tak nie smakuje jak poranna kawa. Mniam. Wózek zapakowany. Jadę.  

Winda. Parter. Korytarz. 
Zostawiam zawartość wózka w biurze podawczym,  odbieram świeżą korespondencję. 

Korytarz. Winda. 6 piętro.
Jestem u siebie w pokoju.

- Pani Basiu, mogę prosić o długopis? Czy są moje ulubione? 

Taaa, do wyboru do koloru - ironizuję w myślach. 
Moim zadaniem jest rozdzielenie przyborów biurowych na 40-osobowy wydział. Gdy zamawiam z magazynu 20 długopisów, dostaję 10. Idąc tokiem myślenia magazyniera, zamawiam 40, licząc że dostanę połowę. 
I tak dostaję 10. 
Nie wiem po co więc robię te zamówienia, skoro i tak otrzymuję narzuconą ilość. Jeden z tutejszych bezsensow. 
Na chwilę obecną mam trzy sztuki, wiec wybór jest. Choć słaby. :-P

- Proszę bardzo - podaję długopis pani S, która na mój rozum i jej pensję powinna pisać prywatnym ekstra długopisem, a nie służbowym gryzakiem. 
- Proszę zamówić te moje ulubione, dobrze?

- Pani Basiu, mogę prosić o karteczki? 
- Pani Basiu, czy są segregatory.
- Pani Basiu...

Może wystarczy na dziś?

Och. Kawy się napiję. Cholera!  Zimna. Brrr. Zrobię drugą. 

- Pani Basiu, potrzebuje papieru do drukarki.
- Zaraz przyniosę. - uśmiecham się, tłumacząc sobie w duchu - taka praca.

Przed chwilą były trzy kartony. A teraz... papierowy kąt świeci pustką. Ktoś zabrał sobie wszystko. Papieru brak. 

Szybko robię zamówienie, szybko po podpis do kierownika, szybko do biura magazyniera.

Winda. 1 piętro.

Oddaję zamówienie magazynierowi w jego gabinecie. Duży pokoj na jedną osobę to chyba gabinet, nie? U nas w takim siedzą cztery. A magazynier ma gabinet. 

- Dasz mi od ręki papier? - pytam
- Za 5 minut bądź w magazynie.

Winda. 6 piętro. 

Łyk kawy, tej zimnej. Biorę wózek i wracam. 

Korytarz. Winda. Poziom minus jeden.

Kolejny korytarz, i następny, potem mały podjazd z zakrętem, wreszcie magazyn. 
Taki piwniczny labirynt. 
10 kartonów papieru xero ładuję na wózek. Sama. 
Magazynier szykuje pozostały asortyment, więc jest bardzo zajęty. 


Wracam. Korytarz jeden, drugi, mały zjazd z zakrętem. 
Muszę się zapierać, żeby zbyt gwałtownie nie zjechać i nie rąbnąć wózkiem w scianę. 
Udało się. 
A tu następna przeszkoda -  próg. Z pustym wózkiem nie odczuwalny, z pełnym tak. Próbuję unieść trochę wózek. Znów się udało. 
Ładuję się z wózkiem do małej windy. Winda rusza. 

Parter. 
Czemu parter? 
Drzwi otwierają się, wszystko jasne, znajoma prezesa. 
- Z wózkiem, to się jeździ windą towarową proszę pani. 
- Winda towarowa nie zjeżdża na minus jeden proszę pani. - odpalam. 
- To proszę zaczekać tutaj, ja się śpieszę. 
Wyciągam wózek z windy. Niepotrzebny mi karny jeżyk u prezesa. 
- Dziękuję. 

Myślałby kto, że taka kulturalna. Mam ochotę wywalić jej jęzor. I nawet wywalam po zamknięciu drzwi od windy.  Ochrona tylko się uśmiecha. 
Paniusia wjeżdża na pierwsze. Naprawdę nie mogła schodami? 
Przynajmniej winda szybko wraca. 


6 piętro. Korytarz. 
Ja,  drobna kobietka jadę z wózkiem załadowanym ciężkimi kartonami przez korytarz pełen interesantów. Slalomem i z głośnym:
Przepraszaaam!! 

Pokój. 
Rozpakowuję wózek. 
Przerzucam 10 kartonów papieru po raz drugi.
Też sama, bo mężczyźni w tym wydziale są tylko z nazwy. 
Ciekawe ile waży jeden karton? 
Pewnie się mieści w normie ustawowej, przewidzianej do dźwigania dla kobiety. 

Wracam do magazynu. 
Korytarz. Winda. Poziom minus jeden. Labirynt.

Ładuję resztę. 
Magazynier tym tym razem nie jest zajęty, ale nie pomoże. 
Może by pomógł jakbym poprosiła, ale nie proszę. Bez łaski.
Tylko czy to nie on powinien dostarczać artykuły biurowe do poszczególnych oddziałów? 
Ja uważam że on, ale szefostwo widać uważa inaczej. 




Jadę więc z kolejnym, załadowanym po brzegi wózkiem, podtrzymując kartony by nie spadły. 
Labirynt . Winda. 6 piętro. Bez przygód. 

W pokoju rozładowuję towar. 
Układam w szafie drobne artykuły biurowe, na szafach lądują pudła z kopertami. 
Pudło w łapki i na drabinę.
Pudło w łapki i na drabinę. 
Kilkanaście razy. Darmowy fitness.

Koniec. Uff. 

Kurcze późno już! Sprawy na dyżur nieprzygotowane. 
Przygotowuję. Wynoszę. Zdążyłam. 

Za 10 minut dostaję kolejne. Wynoszę. 

- Pani Basiu, mam prośbę, czy mogłaby pani nie wchodzić do mojego pokoju dwa razy? Przeszkadza mi to. Proszę przynosić wszystkie sprawy razem. 

Po 10 minutach dostaję kolejne. 
Muszę wejść trzeci raz. Pani S nie komentuje, próbuje zabić mnie wzrokiem. 
Uśmiecham się. 
Serdecznie czy złośliwie?

Czas coś zjeść - pierwszy posiłek dziś. Aż mnie mdli z głodu. 

Kierowniczka (na dźwięk jej głosu tracę apetyt):

- Basia, tu mam pilne pismo do prezesa. - zobaczyła, że jem - Ale zjedz najpierw. 
Cóż za łaskawość. A za chwilę będzie dzwonić z zapytaniem czy już zaniosłam. 
Wolę mieć to z głowy, skoro pilne.

Winda. 
Pojechała. 
Śmigam schodami.

Pierwsze piętro. Sekretariat prezesa.

- Pilne pismo. Podobno czekacie na nie?  
- Tak? Pokaż. Nieeee, to nie takie pilne. 

Spokojnie Baśka, spokojnie.

Kończę śniadanie. Mój pokój jest przejściowy. Ruch jak na Marszałkowskiej. Drzwi się nie zamykają. Może niech wstawią obrotowe? 

Jem. 
- Smacznego.
- Dziękuję.
- Smacznego.
- Dziękuję.
- Smacznego.
- Dziękuję.
- O! A ty znowu jesz? 
- Znowu ??

Czas roznieść korespondencję po budynku. 
Rejestruję poszczególne pisma i ruszam na obchód. 
Sporo dzisiaj, prawie wszystkie piętra.
Poszło sprawnie. Choć czasami się schodzi. Kogoś nie ma w pokoju, trzeba iść drugi raz. Inny nie chce przyjąć pisma, trzeba wyjaśniać sprawę. Dziś było bez dodatkowych wrażeń. Chociaż tyle. 

Wracam do pokoju.

Telefon. 
- Witam, tu powielarnia, proszę odebrać dokumenty.

Winda.1 piętro. Odbieram.
Winda. 6 piętro. Pokój.

Telefon. 
Nie odbieram. Roznoszę pokserowane dokumenty poszczególnym pracownikom.

Telefon ponownie. 
- Witam, tu archiwum ogólne, akta mam do odbioru.
- Mogę później, przy okazji?
- Później mnie nie będzie, teraz proszę.

Winda. 1 piętro. Odbieram.
Winda. 6 piętro. Pokój.

Siadam za biurkiem. 
Tu już czekają na mnie sprawy z nowego wpływu do zrobienia na dziś. 
Sterta spraw, właściwie dwie. Trzy?? 
Zanim zacznę, zaglądam do szafy z aktami zakończonymi. 
Cała szafa?? 
Przecież wczoraj wszystkie wywiozłam do archiwum podręcznego! 
Tak, w archiwum ogólnym jest archiwista. 
Archiwum podręcznym opiekuję się ja, w tak zwanej wolnej chwili, której nigdy nie mam.

Zgłaszam to kierowniczce.  
- Ja już nie daję rady, tego jest za dużo! 
- Nie przesadzaj - słyszę - widocznie dziś wszyscy porządkowali sobie szafy. 
- Ale ja mam tak codziennie! Kiedy mam to podłożyć w archiwum? Poza tym czy ja jestem archiwistą? Nie!
- Ale masz to w obowiązkach.

Koniec tematu.  
Wracam do pokoju. 
Zrezygnowana biorę się za nowy wpływ. 
Do 15 siedzę na dupie za biurkiem dziergając w aktach. 
W końcu to praca biurowa, nie?

Pracownicy przynoszą akta zakończone. 
O! Nie zmieszczą się. No to jeb na podłogę. Basia schowa.
Gdzie je schowam? 
W szafie na kurtki. Trudno, gdzieś przecież muszę. 
Nie mam kiedy układać tego w archiwum. 
Zastanawiam się kiedy kierowniczka pojawi się z pretensjami, że w archiwum są zaległości i bałagan.

15.00 
Czas zjechać po dzisiejszą korespondencje. Kto znów zabral mi wózek? 
Szukam 5 minut po wszystkich pokojach. Jest. 

Winda, parter, korytarz, biuro. 
Ładuję korespondencję. Cały wózek. Z czubem. Ledwo nim jadę, pilnując żeby nic nie zgubić. Czasami muszę jechać dwa razy. 

Korytarz. Winda. 6 piętro. 
Przekazuję korespondencję kierownictwu. Na szczęście nie muszę jej rozdzielać. Wracam do siebie. 

Po chwili wchodzi kierowniczka. 
- Podanie o urlop trzeba wynieść do kadr. Pilnie. 

A co? Znów przetrzymałaś w szufladzie? - to tylko myśl, ale obie dobrze wiemy że się nie lubimy. Ja jej za brak zorganizowania, ona mnie, bo ośmieliłam się jej postawić. 

Winda. 1 piętro. Kadry.
Winda. 6 piętro. Pokój.

Trzeba jeszcze powynosić sprawy do S. 
Ale najpierw zeszyty. Każdą sprawę trzeba wpisać w odpowiedni zeszyt. Niestety nie można tego pominąć - pytałam. Nieważne, że są w komputerze wpisane w system. Nieważne, że zanim to wpiszę, spokojnie zdążyłabym powynosić. 
Kierownik każe. Kierownik zawsze ma rację.

Udało sie, zdążyłam, do 16-stej zostało 10 minut. O nie, nic już nie robię. Dosyć! 

Wchodzi kierowniczka.  
A dlaczego masz puste biurko?  Jeszcze 10 minut pracy. 

Ręce mi opadły, wszystko mi opadło. 

- Dlatego mam puste, bo codziennie wynoszę to co zrobilam tam gdzie powinno to się znajdować. - odpowiadam grzecznie, w myślach dodając:
Bo jestem dobrze zorganizowana i mam na biurku to co robię w danej chwili i nie tonę tak jak ty w chaosie!!! Pipo! 

16.00 wychodzę z tego przybytku, na kilkanaście godzin chcę zapomniec gdzie pracuję. 



Któregoś dnia nie wytrzymuję. Podnoszę głos na kierowniczkę. Ja - niespotykanie spokojny człowiek. Na jej - musisz to zrobić! - krzyczę:

- Ja nic nie muszę!!! Rozumiesz?? 

Ląduję na karnym jeżyku u szefowej. Z zarzutem odmowy wykonywania poleceń służbowych. Pojawiają się też kolejne zarzuty. Zła organizacja pracy, niesystematyczność w działaniu, zaległości spowodowane moimi L4, bałagan w archiwum...
Moje argumenty, że mam za dużo obowiązków mogę sobie wsadzić w... moje łzy też. 

Wychodzę z pokoju, widząc że ta rozmowa i tak nie ma sensu. Drukuję dawno przygotowane wypowiedzenie i wręczam już bez łez, lecz z satysfakcją, a może ulgą? Czara goryczy się przelała. 

O! Jakie macie duże oczy. To ze zdziwienia? Nie spodziewałyście się? A może jednak?

Moje podanie o rozwiązanie umowy w ciągu kilkunastu minut znajduje się w kadrach. Podpisane przez szefostwo tak szybko, jakby było im na rękę, że chcę odejść. 
Kierowniczka osobiście je zanosi. 
Ale że tak sama? Tym razem nie ja? No proszę. 

Na moje pożegnanie nie przychodzi, zastępca też nie. Po 10 latach wspólnej pracy. 

Żegnają mnie ci, którzy mnie lubią. I dobrze. Jej nie mówię nawet do widzenia. 
Gdy opuszczam ten gmach, czuję ogromną ulgę. 
Mimo niewiadomej, która jest przede mną, bo zostałam bez pracy. 

Wydarzenia tu opisane to jeden dzień z wielu. Może nie wszystkie były tak hardkorowe, ale generalnie tak tam się pracowało, cały czas w biegu, cały czas z zaległościami i brakiem zrozumienia i wsparcia ze strony szefostwa. 
O mojej pracy pisałam już wcześniej tu i tu.

Oddałam tej pracy kawał swojego życia (10 lat), swoje zaangażowanie, swoją pracowitość, lojalność. Pozostał niesmak. 
Ja jednak zamierzam sie skupić na tym co pozytywne. 
Na wartościowych znajomościach, które tam zawarłam i ludziach, z którymi pozostałam w kontakcie.
Nie ma co wracać do złych chwil. Było minęło.
Nowy rozdział życia właśnie się pisze. :)


Wracam do domu, zostaw uchylone drzwi
Mam dosyć świata co ze zwykłych ludzi drwi
Napiszę całkiem nową historię
W zeszycie swoich przeżyć i wspomnień
Przychodzimy nadzy na ten świat
Potem mamy więcej ale więcej nam brak
Pokaż że inaczej potrafisz
Życie w ręce weź, swój rozdział napisz
Dodaj barwy miłości
Potem puść falę złości
Żaden z nas nie jest doskonały
Wygra ten co wytrwały w swoim jest






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz