niedziela, 26 lipca 2015

Tanie podróżowanie - weekend w Krakowie cz. II


Kraków wita nas chmurami.
Czyżby tak się droczył z nami?
Czyżby chciał nam tyłki zmoczyć?
Gdy będziemy po nim kroczyć?

18.10 - docieramy na Małopolski Dworzec Autobusowy. O tym jak docieraliśmy możecie przeczytać tutaj .  

Nasz cel na dziś - miejsce noclegu, czyli Schronisko Młodzieżowe przy ulicy Grochowej. Zwiedzanie zostawiamy na jutro. Trochę chce nam się odpocząć.



Wychodzimy z autobusu i... o matko! w którą stronę iść?
Oczywiście, że miałam rozpisane jak dojść do przystanku tramwajowego. 
Ulica Bosacka, do ulicy Lubicz, na przystanek Lubicz, tramwaj 20. Proste.
Tylko że dworzec autobusowy połączony jest z ogromnym dworcem kolejowym i z ogromną galerią. Kierunkowskaz z tramwajem prowadził w obie strony. Którą wybrać? Która droga jest właściwa do tramwaju nr. 20?










Jaki problem? Zapytamy.

Pani z kiosku z preclami nie wiedziała. Wysłała nas do punktu informacji naprzeciwko.
Punkt o tej porze zamknięty .
Obok kiosk. Przynajmniej bilety na komunikację miejską kupimy.

Biletów brak. Pan w kiosku zły, bo każdy chce bilety. A on nie ma. Za to ma katar. Złość uzasadniona. W tym swoim uzasadnionym niezadowoleniu był na tyle miły, że wymienił nazwy dwóch rond, które jednak absolutnie nic mi nie mówiły.
Chyba źle się przygotowałam.

My chcemy na Płaszów Mały. Pan nie wiedział gdzie to jest. 
Ale mapa wiedziała, a pan nam ją sprzedał za jedyne 10 zł.
Kocham mapy. One wiedzą wszystko. No prawie wszystko. Ale i tak je kocham. Oczywiście te papierowe. Może te elektroniczne też bym pokochała, ale nie mam ze sobą internetu. Zresztą papier to jest papier. :)

Nasza mapa wiedziała gdzie mamy się udać. Pierwszy nasz kierunek był prawidłowy.
Przecież się dobrze przygotowałam. :)

Jest ul. Bosacka. O! kiosk. A w kiosku młode dziewczę. Bardzo zajęte swoim smartfonem. Ale raczyła na nas spojrzeć.
Czy są bilety?
Nie ma.
Dziewczę wróciło do swojego zajęcia.
W kiosku nie ma biletów?
Ok. Pojedziemy na gapę. Trudno.
Chyba Kraków nas nie lubi.

Jest przystanek. Jest biletomat. Hurra!
(Jak się później okazało, na większości przystanków, na których byliśmy są biletomaty. W każdym tramwaju, którym jechaliśmy były biletomaty. I prawie wszędzie są elektroniczne tablice informacyjne. Kraków jest nowoczesnym miastem.)

Kasowniki mnie urzekły. A co w nich niby takiego? Kasownik jak kasownik.
Mnie urzekły. Potrafię dostrzec piękno nawet w kasowniku. To chyba dobrze? :)



I tramwaje mnie urzekły. Kolorem. Moim ulubionym. Niebieskim.
I autobusy. Piękne. Niebieskie. I stacje krakowskiej wypożyczalni rowerów. 
Z niebieską tablicą i życiowym cytatem na niej.
Już lubię to miasto. :)



                                       





Tramwaj  linii 20 w jakieś 15 minut dowiózł nas do celu.
Na lewo Lidl, na prawo Biedronka. Ja to wiem gdzie wybrać nocleg. ;) 

Minęliśmy markety, zakupy będą później.
Dalej droga prosta. Niecałe 10 minut marszu i jest. Nasze schronisko.
A przed nim? Wycieczka. 
Cały autokar ludzi właśnie wkraczających z bagażami do budynku. 
Będzie się działo.

W recepcji o dziwo sprawy poszły gładko mimo wycieczki, która była przed nami. Obsługa recepcji tak to zorganizowała, że nie musieliśmy długo czekać.

Wreszcie na miejscu. 
Nasz pokój. Bardzo ładny. I z widokiem, bo na 4 piętrze. 
A cena tylko 30 zł od osoby za dobę, plus 5 zł jednorazowo za komplet pościeli i 1,6 zł za dobę opłata klimatyczna. Mimo że miały być tapczany, w pokoju mamy rozkładaną sofę. :)
Namiary na schronisko znajdziecie tutaj. 
Całkiem tu fajnie, ale jest jeden szkopuł - od godziny 10 do 17 trzeba być poza schroniskiem. A nie każdemu może to pasować. Nam pasuje. Przyjechaliśmy zwiedzać miasto, a nie leżeć cały dzień.

Zameldowani. Rozlokowani.
Jeszcze tylko zakupy na kolację. Ruszamy do Lidla i Biedronki. 

Kolacja. Pizza z biedronki. I z mikrofali. :)
Do kolacji wino. W końcu to nasza piąta rocznica.
M otwiera wino, rozlewa do kubeczków (kubeczki mieliśmy swoje, ale w kuchni nieograniczony dostęp do wszystkich naczyń).

To za te nasze 5 lat Kochanie!

O matko! Co za smak. Ohyda. No cóż, ja wybierałam. :)
Nie wypijemy, ale toast wzniesiony.

Czas na prysznic. Łazienka jest w korytarzu, ale przecież jest tanio.
Kolejki do łazienki brak - mimo wycieczki. Widocznie jest więcej łazienek.
Gorąca woda!!!  Ile chcemy! Do oporu!
A przed chwilą kąpała się wycieczka. A woda dalej jest. Cudownie.:)

Włączamy tv. Bo jest w pokoju.
A po co nam tv? Przecież mamy siebie.
Sprawdzamy tylko prognozy pogody. Nie są optymistyczne, ale co tam.

Spędzamy wspaniały wieczór we dwoje. 

Chyba jednak Kraków nas lubi. 
I niebo jakby pojaśniało...

cdn.







6 komentarzy:

  1. Oprócz tego, że twoje relacje czyta się niemal jak dobrą powieść obyczajową, to odniosłam wrażenie, że tą drugą część można potraktować jak praktyczny poradnik pozytywnego nastawienia. Nie ma internetu, jest papierowa mapa. Udało się? Udało. Nie ma biletów w kiosku? Są w biletomacie. Udało się? Udało. Jest wycieczka, ale rejestracja poszła sprawnie. Znowu się udało. Dyskont na wyciągnięcie ręki i tania kolacja? Mówisz i masz. Nawet ciepła woda i możliwość relaksującego prysznica, mimo tłoku. Wystarczyła odrobina cierpliwości i odpowiednie nastawienie:) Zamiast widzieć problemy od razu rozglądałaś się za szansami:) Normalnie jak w moim poście o nastrojach:) Dobre samopoczucie to klucz do udanej wycieczki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak. Po napisaniu tego wpisu uświadomiłam sobie, że przecież ja właśnie tak mam. Z każdej wycieczki, czy podróży wracam zadowolona, niezależnie od przeciwności, które wystąpiły. Bo potrafię się cieszyć z małych rzeczy, bo chcę się nimi cieszyć. Bo nie robię problemu z byle czego. Bo jestem wdzięczna za sam fakt, że moglam ruszyć w podróż.
      Tak, zamiast widzieć problemy rozglądam się za szansami. Niestety jeszcze nie we wszystkich dziedzinach życia tak potrafię. Ale wciąż nad tym pracuję. :-)

      Usuń
  2. Czytanie Twoich relacji powinno być obowiązkowe dla podróżników - niech się własnie uczą nastawienia - tak jak Cat Amber pisze. Piękna relacja aż się chce... do schroniska :)
    Z kasownikami to nieodmiennie kojarzy mi się śmieszna historia z Katowic. Miałem bilet miesięczny, to temat kasowników mnie omijał. Ale zatłoczonych tramwajów to już nie. I jedziemy sobie z kolegą a tu pcha się straszliwie pewna paniusia. Walczy łokciami, głową, przeciska się, trupy znaczą ślad jej przejścia. Ale zęby zaciśnięte, nie powie:"przepraszam". Doszła, uff, wyciągnęła bilet do skasowania i ... Zamurowało ją. Kolega patrzył z politowaniem z wysokości swoich 2metrów i rzecze: "no tu to będzie pani trudno skasować bilet" - a tramwaj w śmiech, niewiasta czerwona. Otóż ona wywalczyła dojście do ... skrzyneczki z czerwonym guzikiem, którym się otwierało drzwi na przystanku. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ubawiłam się. :D Gdybym przy tym była, a zwłaszcza gdybym była z moją koleżanką Wiolą, dostałybyśmy ataku śmiechu. :D Dziękuję. :D Ale wiesz, wydaje mi się, że prawdziwych podróżników charakteryzuje takie właśnie pozytywne nastawienie. :)

      Usuń