poniedziałek, 20 lipca 2015

Tanie podróżowanie - weekend w Krakowie cz. I




Zobaczyć Kraków - moje marzenie. 
I nastąpiło marzenia spełnienie.
Bo ja tam byłam, grosze zapłaciłam, 
A co przeżyłam - tu Wam przedstawiłam. :-)

I etap podróży. Warszawa.

Start - godzina 8.00 Warszawa Żoliborz.

Meta - godzina 13.10 Metro Wilanowska.



Przywitał nas piękny dzień ( tzn. mnie i mojego Mężczyznę zwanego dalej M).
Dzień słoneczny, ale nie gorący. Wyśmienita pogoda na wycieczkę. 
Grzech by było nie skorzystać z usług warszawskiego veturilo. 
Dla niewtajemniczonych, veturilo to miejska wypożyczalnia rowerów.
Najpierw trzeba się w niej zarejestrować przez internet  i wpłacić wpisowe 10zł. 
Każde rozpoczęte 20 min. jazdy jest za darmo. Po przekroczeniu 20 min. - do 60 min. płaci się 1 zł.  Ile się płaci za dłuższy czas, tego nie wiem, bo nigdy go nie przekroczyłam. :-) Można sprawdzić na ich stronie internetowej.

Ponieważ miało być tanio, a nie za darmo ;-), zaszaleliśmy za cale 1zł, bo nie chciało nam się po drodze wymieniać rowerów. Te które wybraliśmy były rewelacyjne, niemalże jechały same. :-) 

Trasę  opracowałam wcześniej. Biegła przez Kępę Potocką, potem na drugą stronę Wisłostrady i nad Wisłą, oczywiście cały czas ścieżkami rowerowymi.

Niestety przy moście Śląsko - Dąbrowskim ścieżka się skończyła (przegapiliśmy informacje?) i nie było przejścia na drugą stronę ulicy. To znaczy było - schodami na most. I nie myślcie sobie że był tam jakiś podjazd na rowery. Same schody. 
I co? Rower na plecy. 
O przepraszam, na plecach mieliśmy plecaki. 
Rower pod pachę. 
M oczywiście chciał wnieść i mój, ale przepraszam bardzo - ja nie dam rady?
Ja???
Przecież to początek wycieczki, jestem podekscytowana i pełna energii. 
Oczywiście, ze wniosłam rower. 
Z plecakiem na plecach, a w plecaku bagaż na weekend.
Mocna jestem, co? :-)

Rowery zdaliśmy na ulicy Dobrej, przy bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Przejechaliśmy nimi jakieś 6km.,a w ogóle tego nie odczuliśmy. 
Żal się było rozstawać z rowerkami , ale czekał nas spacer po bibliotece. 
A dokładnie po jej dachu. Bo na dachu tej biblioteki znajduje się ogród i zwiedzać go można za darmo.
Co prawda miałam wrażenie, że ogród jest trochę przesuszony, ale i tak warto go zobaczyć. Poza tym są ławeczki, można posiedzieć , nawet jakiś koncert szykował na wieczór. Jest mały tarasik widokowy. Wszystko za free.




My postanowiliśmy nie odpoczywać. Jazda rowerem, potem spacer po ogrodzie sprawiły, że zgłodnieliśmy. Decyzja co do posiłku zapadła błyskawicznie - kebab. 
Po prostu uwielbiamy. :-) 
A może to ja uwielbiam? A M tak przy okazji?;)

Ponieważ zrobiło się dosyć ciepło, a nawet duszno wybraliśmy lokal klimatyzowany - kebab King na Nowym Świecie. Ale najpierw trzeba było do niego dojść - pod górę. Przyznam że było to małe wyzwanie. Musiałam po drodze odpoczywać. 
M udawał twardziela,  ale widziałam, że też jest zmęczony.

Przeszliśmy ok. półtora km. i wreszcie jest - nasz obiad. :)
Czy wspomniałam, ze wyruszyliśmy dziś bez śniadania?
Nie wspomniałam, bo nie ma się czym chwalić. Nie było to rozsądne, ale chyba z emocji nie chciało nam się rano jeść.

W lokalu było bardzo przyjemnie, chłodno i kameralnie. O tej porze nie było klientów, tylko my. Kebab był smaczny, choć buła w jednym miejscu gumowa. Wybaczyłam. Cena mniej więcej jak wszędzie - 12zł. Zauroczyły mnie natomiast numerki. Kiedy składasz zamówienie, dostajesz numerek-plastikowe kółko, które świeci i brzęczy, gdy twoje danie jest gotowe. Dosyć oryginalne rozwiązanie. No cóż, nie jestem stałym bywalcem lokali gastronomicznych, pierwszy raz widziałam coś takiego. Taka ciekawostka. :-) 

Pojedliśmy, odpoczęliśmy, skorzystaliśmy z toalety w lokalu (za free).
Nadszedł czas by ruszać dalej.

Tym razem zrezygnowaliśmy z rowerów, poszliśmy do metra bo:
po 1. plecaki zaczęły ciążyć,
po 2. nie wszędzie jechalibyśmy ścieżką rowerową, momentami ulicą,
po 3. wolelibyśmy nie spóźnić się na autobus,
po 4. w metrze jest chłodniej,
po 5. stacje nowej linii metra są bardzo ładne. :-)

Koszt biletu 20-minutowego -  3,40zł

Godz.12.00 - cel metro Wilanowska osiągnięty. 

Autobus o 13.10 - kupa czasu, ale lepiej być za wcześnie, niż się spoźnić. 
Zresztą sporo osób już czekało na przystanku. Nie było gdzie usiąść, wiec poszliśmy do pobliskiego parku. W cieniu rozłożyliśmy nasz podręczny poddupnik,  który w pierwotnej wersji był pokrowcem na dużą poduszkę (z jednej strony ma mocną folię, z drugiej materiał), a teraz służy nam za akcesoria turystyczne. :)
Zalegliśmy. 
Ależ przyjemnie się leżało. Nad nami drzewo, błękitne niebo. Cudownie. :-)

Przed 13-stą nastąpił koniec leżakowania. Zaopatrzeni w napój i suchy prowiant, udaliśmy się znów na przystanek autobusowy. 
Bo właśnie nadjechał dumnie się prezentujący autobus Polski Bus. 
Piękny, piętrowy, czerwony, przyciemniane szyby. Cacko. :-)






Odddanie bagaży i wejście do środka odbyło się sprawnie. Aczkolwiek myślę, że wprowadzenie rezerwacji konkretnych miejsc przez internet byłoby dobrym pomysłem. Może im to zaproponuje. :-)

A więc pierwsza czynność po wejściu to wybór miejsca. Wybraliśmy je bardziej z przodu autobusu. Oczywiście na piętrze. Niestety te pierwsze z widokami z przodu były już zajęte. Trudno. Wybraliśmy następne. 

Ale w tym momencie odezwała się we mnie księżniczka:
- bo jakoś mało tu miejsca na nogi,
- bo niewygodnie,
- bo nie wytrzymam tak 5-ciu godzin,
- bo nie mam tu żadnej półeczki.

- Nie grymaś! - M zdarł ze mnie maskę księżnej pani i jak tylko autobus ruszył, zapadł  w głeboki sen. 
Ja nie. 
Nie powiem, siedzenia bardzo wygodne, ale miejsca mogłoby być więcej. 
W końcu się umościłam, ale zasnąć i tak nie mogłam. 

Emocje. Przecież pierwszy raz zobaczę Kraków!

Na szczęście działało wifi.
Z przerwami. 
Nie grymasiłam. 

Padł mi telefon. Za bardzo go wykorzystałam robiąc zdjęcia. Nie dorobiłam się jeszcze aparatu.  Szkoda, że nie wiedziałam, że pod siedzeniami są kontakty, bo ładowarki zostały w bagażu głównym. Trudno.

Droga minęła całkiem sympatycznie. 
W środku panowała idealna temperatura . Klimatyzacja była ustawiona rewelacyjnie. 
Nie wiało zimnem po szyi, tak jak w moich pociągach wożących mnie do pracy - tych nowych.
I nie było tropików, tak jak w moich pociągach wożących mnie do pracy - tych starych.
Było w sam raz. Idealnie.

Czas wspomnieć o cenie biletu. 
Uwaga, wiadomość może być szokująca. :)
Za bilet z Warszawy do Krakowa dla jednej osoby zapłaciliśmy 4zł - czytaj CZTERY złote. Plus 1zł rezerwacja, bo tyle kosztuje zawsze. Bilety powrotne były w tej samej cenie. Oczywiście rezerwacje zrobiłam ze dwa miesiące wcześniej i akurat była promocja. Ale Polski Bus często ma w ofercie takie atrakcje.

Kiedyś trafiłam na promocję Warszawa  - Zakopane za 1zł. Oczywiście wzięlam w ciemno, ale kurs odwołano. Bo był w Sylwestra, w nocy. :-) Kasę mi zwrócono. :) Szkoda, że odwołali. Sylwester w autobusie mógł być atrakcją. :-)

Polski Bus w ofercie ma też inne profity, np. darmowy poczęstunek. Dają podobno wodę, kawę, ciastko, loda. Na wybranych kursach. 
Nasz widocznie nie był wybrany. Nie doczekałam się. 
No Baśka, bilet za 4 zeta i jeszcze chcesz darmowe żarcie? Podziwiaj ty lepiej widoki.

W Kielcach zwolniły się pierwsze fotele. No jasne, że się przenieśliśmy, zwłaszcza że teren już z lekka górzysty, było na co patrzeć. M nie patrzył. Znów zasnął. 
A ja się zachwycałam. Choć niestety trochę się zachmurzyło i widoczność była delikatnie ograniczona.

Pod Krakowem zachmurzyło się całkiem. 
Widziałam prognozy, ale nie do końca im wierzyłam. 
Wszystko jednak wskazywało na to, że się sprawdzą.
Kraków witał nas ciężkimi chmurami...  

cdn.







2 komentarze:

  1. Basiu przepiękna opowieść o podróży. Gdy czytałam, miałam wrażenie jakbym sama się w nią wybrała. fajnie, że powstają wypożyczalnie rowerów w różnych miastach, u mnie też są:) A jak pisałaś o wnoszeniu rowerka to aż się uśmiechnęłam, ja mój też najpierw muszę wytargać po schodach, zanim mogę jechać. Całkiem się już przyzwyczaiłam do jego ciężaru, a swoją wagę ma, bo rama jest stalowa:) Czekam na opowieść o Krakowie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te z wypożyczalni są dosyć ciężkie, ale mój prywatny rower też do lekkich nie należy. Ostatnio próbowałam przenieść go przez rzekę. :) W wodzie do kostek szło dobrze, a w takiej po kolana już mnie znosiło i musiałam skorzystać ze wsparcia mojego Mężczyzny. :)

      Usuń