niedziela, 22 marca 2015

Zarąbali mnie.



Zarąbali mnie. 
Spokojnie, nie będzie drastycznie. 
Jestem świeżo po przeczytaniu książki Moniki Szwai "Anioł w kapeluszu". 
Tam właśnie zarąbali pewnego chłopca - Jonasza. 
Ale nie martwcie się, nikt go nie zabił. 
Po prostu rodzice obarczyli go taką ilością zajęć dodatkowych, że biedaczek nie wytrzymał i uciekł z domu. Jak to podsumował lekarz- zarąbali dzieciaka.

Mnie też zarąbali. W mojej pracy.





Pracuję w poważnej instytucji państwowej, której nazwy nie mogę i nie chcę wymieniać.

Kiedy mówię gdzie pracuję słyszę - wow.
Budżetówka. W dużym mieście.
Niezły hajs wpada co miesiąc za picie kawki i ploteczki. Żyć nie umierać.
Stereotypy mają się dobrze.

A tu praca jak w korporacji, wycisną cię do ostatniej kropli.
Robisz co możesz i ciągle słyszysz: za mało, rób więcej, sprężaj się, musisz to zrobić. 

Kiedy zrobisz 90% zadań, zauważą tylko to, że nie zrobiłaś 10%. Nieważne, że odwaliłaś kawał dobrej roboty. Nie licz na uznanie.
Za to możesz liczyć na regularne wezwania do szefa działu, na których grzecznie oczywiście (bo niegrzecznie to jakby mobbing), dowiesz się o tym, że MUSISZ to zrobić. Skoro się nie wyrabiasz, to twoja wina. Jesteś za mało wydajna. 
Że jest więcej pracy? Nie przesadzaj. Statystyki mówią co innego. 
Statystyki, system, dane. To się liczy. Człowiek to tylko narzędzie. Albo trybik w maszynie.

Pensja. Owszem regularna, ale z korporacją już ma niewiele wspólnego, raczej z urzędem pracy. Nazwa zasiłek jest tu bardziej odpowiednia, bo to minimalna krajowa.

Oprócz tego jak to w instytucji państwowej istnieje tu tzw. wysługa lat, czyli dodatek za wieloletnią pracę.  
I ten właśnie dodatek mam wliczony w minimalną krajową.
Czyli zarabiam tyle co absolwent zaraz po szkole. No to pytam się jaka to wysługa lat? Fikcyjna? Może. Ale zgodna z naszym polskim prawem.

Na początku byłam dumna, że pracuję w tak poważnej instytucji. Poza tym po latach bezrobocia, problemów finansowych i totalnej beznadziei, dostałam pracę z umową na stałe. A wraz z nią poczucie bezpieczeństwa. Miałam wreszcie swoją strefę komfortu. 

Nie ważne, że za małe pieniądze. Kiedy pensja jest regularna, nawet jeśli niewielka, łatwiej jest zaplanować budżet domowy. Poza tym zdarzały się bonusy finansowe, dzięki którym łatałam swoje dziury budżetowe. 
Bo za minimalną niewiele można, oj niewiele. 
Do tego był socjal, mniejszy, większy ale był. 
Myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi.

Pracy było dużo od początku. Nie zrażało mnie to. Tyrałam, dawałam z siebie wszystko. Nawet czułam satysfakcję, że potrafię to ogarnąć.

Zostawałam po godzinach (oficjalnie nie wolno), brałam robotę do domu ( oficjalnie nie wolno ). Pokazałam, że mogę dużo. Przecież jak coś robić, to jak najlepiej, taką mam zasadę.To chyba dobrze? Chyba. 

Dobrze było dopóki się wyrabiałam. Kiedy przestałam, bo pracy zrobiło się za dużo, bo zmieniali się współpracownicy i trzeba było dodatkowo ich uczyć, albo nie było ich w ogóle
i musiałam wykonywać robotę za dwie osoby, wtedy zrobiło się niefajnie.
Przestałam sobie radzić. Kiedy zgłaszałam to szefostwu, słyszałam tylko - nie przesadzaj.
Środowisko w którym pracowałam też nie ułatwiało życia. Wykształceni ludzie,
z przerośniętym ego, na każdym kroku udowadniający swoją wyższość wobec pracowników niższego szczebla.

Próbowałam zmienić dział, ale potrzebowali mnie tu gdzie byłam. Za dobra by mnie oddać, za słaba żeby docenić. Zostałam przypisana do tej komórki na zawsze. 
Przecież nie oddaje się dobrego niewolnika.

Zaczęłam się denerwować. Ja - niespotykanie spokojny człowiek.
Dostałam nerwicy, nie mogłam spać, płakałam z byle powodu. 
Zaczęłam tracić pamięć, miałam problemy z koncentracją, nie mogłam przyswoić nowych rzeczy, czułam się coraz głupsza. Pojawiło się wypalenie. 

Zarąbali mnie.

Zrobiłam więc sobie urlop zdrowotny - czytaj L4 - miesiąc nieobecności.
"Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto cię stracił"- jak mawiał klasyk.

To będzie czas na przemyślenia.
Czy dalej chcę tam pracować?

Czy potrafię opuścić swoją strefę komfortu?
Czy po wielu latach pracy w tej "fabryce" potrafię jeszcze robić coś innego?


Dokąd plyniesz bracie
Dokąd gnasz
Po co tak zabijać się
W jednym punkcie przecież
W miejscu trwasz
Tylko czas do przodu mknie

Tak przemijasz w miejscu
Spalasz się
Jak pustynny w słońcu głaz
Wszelki ruch to tylko
Pozór jest
tylko czas do przodu gna

Świat do koła kłębi się jak rój
Ta gorączka wiecznie trwa
Świat wiruje zjada ogon swój
Tylko czas do przodu gna

To twój los
Zatrzymany w biegu kadr
Martwe morze stoi wokół nas
I nadziei brak na wiatr...


2 komentarze:

  1. Patrz mi się zawsze wydawało, że dużo jest słuszności w twierdzeniu: "Bądź dobry dla innych ludzi gdy wspinasz się po szczeblach kariery do góry, ponieważ spotkasz ich gdy będziesz z niej spadał na sam dół”. Życzę zawsze każdemu kierownikowi, żeby jeden dzień w roku popracował na stanowisku podwładnego, żeby tak konkretnie doświadczył "jak to jest".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry pomysł. :-) Ale raz w roku to za mało. Raz w tygodniu niech kierownik zapieprza jak podwładny. Regularnie. Nie, że raz spróbuje tego akurat dnia, kiedy jest mniej pracy i powie :o co robisz halo. Ale co tydzień i w najbardziej pracowite dni. Marzenie. :-)
      Wiesz, często jest tak, że taki kierownik kiedyś był zwykłym robolkiem, ale szybko zapomina wół jak cielęciem był.

      Usuń